GUBM GUBM
  • Start
  • Aktualności
    • Wydarzenia
    • Nadchodzące spotkania
    • Archiwum aktualności
  • O Nas
    • Historia
  • Media
    • Konferencje
    • Śpiewnik
  • Świadkowie Miłosierdzia
  • Czytelnia
    • Dzienniczek
    • Egzegeza środowa
    • Boże Narodzenie
    • Pasja wg Brandstaettera
    • Teologia biblijna
    • Szkółka
    • Rozważania na dziś (archiw.)
  • Kontakt

Ucieczka do Micraim

Admin Boże Narodzenie 07 styczeń 2020

Wypadki potoczyły się teraz szybko i rozgrywały się we śnie i na jawie, a sen i jawa z osobna i razem były na równi rzeczywiste i przekonywające. Zaraz następnego ranka, po niespodziewanych odwiedzinach magów i po nie mniej niespodziewanym ich odjeździe, Josef tak rzekł do Miriam:
— Niechaj żona moja nachyli uszu i uważnie słucha, co powiem. Wydaje mi się, że złoto, mirrę i kadzidło, otrzymane w darze od trzech nieznanych mężów, którzy równie dobrze mogli być ludźmi, jak aniołami, ale na pewno byli wysłannikami Pana — powinienem sprzedać, a za pieniądze uzyskane ze sprzedaży kupić Dziecku pieluchy i ciepłą chustę, a niewieście skórzane sandały, piękną suknię i płaszcz gruby z sierści wielbłądziej, gdyż zima jest dżdżysta i chłodna. Poza tym powinienem odesłać naszym sąsiadom do Nazarethu pożyczonego od nich osła. Weźmie go z sobą sandalnik Eliezer, który przed nowiem wyrusza z towarem z Bethlehem do Galilei i chętnie podejmie się tego niewdzięcznego zadania. Podkreślam, niewdzięcznego, gdyż pożyczony osioł jest zwierzęciem upartym, samowolnym i kapryśnym, i dlatego na pewno będzie w drodze dla sandalnika powodem wielu zmartwień i niewygód, więc z tym większą wdzięcznością należy ocenić jego dobroć i uprzejmość. Kupimy więc na własność dwa spokojne i rozważne osły, jednego dla ciebie, niewiasto, drugiego dla mnie, abyśmy już więcej nie musieli jeździć na pożyczonych, kapryśnych i samowolnych osłach, których charakteru i nawyków nie znamy.

A na to odrzekła Miriam:
— Mój pan mówi rozsądnie, przeto niechaj wykona swój zamiar, ale wykonując go, niechaj pamięta o sandałach dla siebie, o płaszczu i o nowej tunice, może białej, albowiem jest młody i wysoki, a młodym i wysokim jest do twarzy w białych tunikach z lśniącego lnu.

Tu Miriam uśmiechnęła się, a ponieważ Josef kochał uśmiech swojej żony, przytwierdził jej słowom, ale wolałby, zamiast kupować dla siebie sandały i tunikę z lśniącego lnu, zachować pieniądze w mieszku za pasem, nie przez skąpstwo — nigdy skąpy nie był — lecz z rozsądku, który mu mówił, że w niespokojnych czasach dobrze jest mieć nieco pieniędzy odłożonych na czarną godzinę, co zresztą wkrótce okazało się nader przewidujące i mądre — zwłaszcza jeżeli jest się głową rodziny i odpowiedzialnym za los Dziecka i niewiasty. Poza tym jak długo nosił pieniądze za pasem, uważał, że należą one do Dziecka i Miriam, a on jest tylko zawiadowcą ich majętności, ale jeżeli za te same pieniądze zakupi dla siebie sandały, płaszcz i tunikę, pomnożą one jego osobiste posiadanie, co mu się wydawało, jako mężowi sprawiedliwemu, bardzo niesprawiedliwe i prawie grzeszne. Dlatego gdy poszli na targ i kupili parę dorodnych osłów o popielatej sierści ze srebrnym odcieniem, pieluchy i chustę dla Dziecka, a sandały, szmaragdową suknię i gruby płaszcz dla Miriam, i rozglądając się po straganach szukali męskiej tuniki z lśniącego lnu, Josef niby od niechcenia zaproponował odłożenie do jutra kupna przeznaczonych dla siebie rzeczy i był bardzo zadowolony, że niewiasta, nie domyślając się niewinnego podstępu, przystała na jego propozycję i wróciła wraz z nim do domu. Josef wprawdzie był pewien, że Miriam nie zapomni o jego sandałach, płaszczu i białej tunice i jutro wczesnym rankiem znowu wyruszą na targ, i tym razem na pewno mąż sprawiedliwy wbrew swej woli wzbogaci się o jedną parę sandałów i jedną szatę — w sumie będzie więc właścicielem dwóch par sandałów i dwóch tunik — ale obecnie, gdy kładł się spać i wysoko na głowę naciągnął swą wiatrem podszytą opończę, pocieszał się myślą, że to grzeszne pomnożenie jego dóbr doczesnych zostało odłożone o jeden dzień, a zwłoka ta była dla jego stroskanego serca nie lada pocieszeniem.

Usnął. Obudziły go zmieszane głosy. Leżał z otwartymi oczami, nie wiedząc, skąd dochodzi owa wrzawa, czy z sąsiedniego domu, czy z dziedzińca, czy z ulicy. Z początku wydawało mu się, że jest to tylko kłótnia spóźnionych przechodniów lub awanturujących się włóczęgów, ustokrotniona przez nocną ciszę, która, jak wiadomo, pogłębia każdy głos, rozbija go na poszczególne dźwięki, i to, co za dnia brzmi jak miauczenie kota, wydaje się w nocy rykiem lwa. Ale szybko zmiarkował, że głosy, które słyszy, są głosami lamentu i rozpaczy. Zerwał się, wybiegł na taras domu i ujrzał w dole uciekające kobiety z niemowlętami na rękach i uganiających za nimi herodiańskich pachołków. Było to istne polowanie, odbywające się według wzorowych zasad nagonki i osaczenia. Gdy matki pędzone pięściami, przekleństwami i wyzwiskami gorliwych naganiaczy w szaleńczym kluczeniu wśród uliczek miasteczka wpadały w popłochu na plac targowy, zza domów wyskakiwali zbrojni siepacze i z rąk krzyczących niewiast wyrywali niemowlęta, i uśmiercali je włócznią lub uderzeniem główki o kamień, lub jednym sprawnym cięciem krótkiego noża podrzynali im gardła jak ofiarnym jagniętom. Josef chciał zbiec na ulicę i krzyczeć o pomoc, ale jego nogi wrosły w ziemię, a głos zamarł w gardle. Nie mogąc poruszyć się ani wydać z siebie głosu, stał niemy i bezradny i nie dając wiary temu, co widzi, z przerażeniem patrzał na obłąkane boleścią matki i martwe ciała niemowląt o przebitych piersiach, poderżniętych gardłach i roztrzaskanych czaszkach. Krew płynąca drogą, nieustannie przybierając, szumiała jak strumień, rwała jak potok i wreszcie rozlała się szeroką rzeką. Spiętrzona i zbałwaniona pochłaniała w swoich spienionych nurtach zbrodniarzy i ich ofiary i tylko na jej powierzchni sprawne oko mogło dostrzec — była księżycowa noc — wyciągnięte dłonie matek i martwe ciała niemowląt, niesione wartkim prądem krwi. Powierzchnia rzeki wciąż się podnosząc (skąd tyle krwi bierze się w kilkunastu niewiniątkach? — pomyślał Josef) sięgała już do połowy wysokości domów i wznosiła się coraz wyżej i wyżej, ku terasie, na której stał mąż sprawiedliwy. Cofnął się.

Jego uwagę przykuło niezwykle zjawisko. Rzeka, osiągnąwszy wysokość terasy, nie tylko nie zalatywała mdłym zapachem, tak znamiennym dla rozlanej krwi, ale uspokoiła się, a jej fale o kolorze i woni dojrzałych róż łagodnie podpłynęły do jego stóp i Josef usłyszał głos, dobywający się z głębi krwi, który zawodząc mówił:
— Wstań i weź Dziecię i matkę Jego, i uchodź do Micraim, a pozostań tam, aż ci oznajmię, albowiem stanie się, że Herod szukać będzie Dziecięcia, aby Je zgładzić.
Tak mówiła krew, a Josef, obudziwszy się, zrozumiał, że to nie była ślepa jawa, ale widzący sen. Zerwawszy się na równe nogi — była jeszcze noc — potrącając sprzęty i potykając się o nie, po omacku dopadł maty, na której spała Miriam z Dzieckiem, i gwałtownie potrząsnął śpiącą, i stłumionym głosem szeptał jej do ucha:

— Miriam... Miriam... zbudź się... zbudź się... Wstań... Musimy uciekać... uciekać...
Niewiasta z trudem otworzyła zaspane oczy i jeszcze cała obezwładniona snem, nieświadoma tego, co się dokoła niej dzieje, już chciała obrócić się na drugi bok, aby dalej spać, gdy błagalny i coraz donośniejszy szept męża począł wreszcie przenikać do jej świadomości. Znów otwarła oczy i zaniepokojona jego wzburzeniem i nieskładną mową, zerwała się z maty i szeptem odpowiadając na szept spytała:
— Uciekać?... Dlaczego?... Przed kim?... Co się stało, panie mój?
— Niech żona moja nie pyta — Josef z trudem dyszał — ale niechaj natychmiast owinie Jeszuę w chusty, spakuje odzież w tobołek, a ja osiodłam osły, wory napełnię wodą zmieszaną z octem, wezmę jęczmień dla zwierząt, kij do ręki i wyjedziemy z Bethlehem.
— Dokąd? — spytała Miriam.
Josef po krótkim namyśle wskazał ręką na zachód.

I tak się stało. Już świtało, gdy Miriam z Dzieckiem na rękach i Josef potajemnie opuścili Bethlehem i skierowali się na południe, ku wybrzeżu morskiemu, którędy biegła droga karawanowa, wprawdzie okrężna, ale bezpieczna, do Micraim, gdzie postanowili szukać schronienia przed szaleństwem żołnierzy Heroda. Osły o popielatosrebrnej sierści kroczyły spokojnie i pewnie, a Josef jadąc w tyle modlił się i wciąż wspominał w myślach praojców Abrahama, Jaakowa i jego umiłowanego syna Josefa, którzy przed wiekami tą samą drogą wędrowali do Micraim, i błagał Pana Cebaoth, aby swoje miłosierne spojrzenie utwierdził nad jego rodziną i był jej przewodnikiem wśród piasków pustyni, jak był nim ongi dla wędrujących tą drogą patriarchów. Ponieważ była to droga wydeptana nogami jego przodków, więc chociaż zdążał nią po raz pierwszy, nie wydawała mu się ani obca, ani nie napełniała go lękiem, bo wiedział, że idzie śladami ojców, a przecież na ścieżkach ubitych ich stopami żadnego zła nie może doświadczyć. I niewątpliwie pod natchnieniem patriarchów, których duchową i cielesną obecność czuł obok siebie, przypomniał sobie kupca judejskiego, właściciela plantacji ziołowych, zamieszkałego w Matarii, którym ongi zaopiekował się w Bethlehem podczas jego choroby. Jak wiemy, kupiec ów podarował cieśli bransoletę z kości słoniowej i zapewnił go o swojej wdzięczności, i dodał, że bramy jego domu zawsze stoją przed Josefem otworem. To przypomnienie odległego w czasie zdarzenia podniosło Josefa na duchu i dlatego popędził osła, i zrównawszy jego krok z krokiem osła, na którym jechała Miriam, ukradkiem zerknął na przegub jej dłoni i z zadowoleniem stwierdził, że nie zapomniała w pośpiechu o bransolecie z kości słoniowej. W myśli pochwalił zapobiegliwość i przytomność umysłu niewiasty i już widział swoją rodzinę i siebie w gościnnym domu egipskiego Judejczyka, w nieznanej i tajemniczej krainie, która wielokrotnie budząc zmienne uczucia, dobre i złe, uczestniczyła w dziejach jego ludu, a teraz wstępowała w jego życie zapachem ogrodów ziołowych w Matarii. Jak długo pozostaną w Micraim? Głos przelanej niemowlęcej krwi zapowiedział Josefowi, że oznajmi mu czas, w którym będzie mógł powrócić wraz z rodziną do swojej ziemi, ale jego własny głos wewnętrzny utwierdzał go w przekonaniu, że jak długo żyje Herod, tak długo będą musieli pozostać w kraju wygnania.

Ponieważ dotychczas nie miał czasu opowiedzieć niewieście o swoim krwawym śnie, postanowił teraz wtajemniczyć ją w owo widzenie, nie chciał bowiem, aby go podejrzewała o pochopne i nierozważne działanie, przy czym postanowił również w zakończeniu swojego opowiadania wyjawić jej prawdę o niewinnym podstępie i wyrazić zadowolenie, że nie kupił dla siebie sandałów, płaszcza i tuniki, i że dzięki temu przeznaczone na ten cel pieniądze, jakże potrzebne na podróż — i chyba tylko jeden Elohim wie, na jaki długi pobyt w Micraim — spoczywają w jego mieszku za pasem.

Uniósł się nieco w siodle i już miał rozpocząć spowiedź i opowiadanie, gdy z dala ujrzał morze i zatrwożył się z powodu jego wielkości, albowiem wielkie wody są ojczyzną Lewiatana, trzydniowego grobu proroka Jony, i ojczyzną Bożego Pomazańca, który wyjdzie z wody. Urzeczony ogromem żywiołu zapomniał o swoim niewinnym podstępie i zamierzonym opowiadaniu i począł w uniesieniu błogosławić Pana, i wołać do Niego, i błagać, aby wybawił ich z niedoli i utrapienia i poprowadził prostą drogą do bezpiecznego domu.

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

Pokłon trzech magów

Admin Boże Narodzenie 05 styczeń 2020

Jak słusznie przewidział Herod, wieść o odwiedzinach magów lotem błyskawicy rozniosła się po całej Jerozolimie, ale niemożliwością jest ustalić, który z dworzan wyniósł tę wiadomość z królewskiego pałacu i rozpowszechnił ją po mieście, a już zupełnie nie można odgadnąć, jak to się stało, że wyprzedziła ona powrót magów do gospody. W każdym razie jest pewne, że magów natychmiast po powrocie do zajazdu obsiedli podróżni i „przygodni znajomi, którzy jeszcze rano bali się z nimi rozmawiać i unikali ich jak trędowatych, ale teraz, czując spoczywającą na nich łaskę królewską, okazywali im swoją rozbrajającą serdeczność. Prosili, by z nimi usiedli, wypili kubek wina, a ponieważ nie chcieli bezpośrednio i natarczywie wypytywać o przebieg rozmowy z Herodem, udawali, że ich przede wszystkim ciekawi, co widzieli w pałacu i co jedli i pili. Ale magowie, zmiarkowawszy, że te pytania są tylko źle maskowanym podstępem, milczeli i tym swoim milczeniem, zamiast gasić, jeszcze bardziej rozpalali ciekawość Judejczyków, którzy widząc, i niczego nie wyduszą z dyskretnych cudzoziemców, sami pomiędzy sobą rozpoczęli ożywioną dyskusję o tym, co mogło być tematem rozmów babilońskich mędrców z królem Herodem. I tak zajęci byli swoimi dociekaniami i domysłami, że nawet nie zauważyli, jak podróżni dosiedli wielbłądów i oddalili się we wschodnim kierunku.

Już miało się ku wieczorowi. Szybko zapadły ciemności. Magowie pozostawili za sobą Pałac Hasmonejczyków, lecz zamiast skierować się do Górnego Miasta i wjechać na trakt prowadzący do Bethlehem, najstarszy mag o ostrym profilu i dolnej”
„nieco wysuniętej, skierował wielbłąda ku wschodowi, a za nim posłusznie poczłapały wielbłądy jego towarzyszy.

— Dokąd jedziemy? — spytał młodszy, widząc, że jadą przez Dolne Miasto i kierują się ku Bramie Siloah.
— Pojedziemy okrężną drogą do Bethlehem, aby zmylić czujność Judejczyków, którzy, jak to mogliście łatwo stwierdzić, są tak ciekawi, że mogą nas śledzić, a przecież według królewskiego rozkazu powinniśmy podróżować tajnie i tajnie powrócić do Jerozolimy.

Przy Bramie Gnojnej skręcili ku zachodowi i jechali na przełaj przez Ge Hinom, całkowicie zdani na nieomylny instynkt wielbłądów, stawiających pewnie nogi w gęstych ciemnościach nocy. W miejscu, gdzie się załamuje prosta linia miejskich murów i tworząc wnękę pnie się stromo ku górze, ujrzeli majaczący z dala marmurowy Pałac Heroda, a na jego widok wbili się w dumę, gdyż przypomnieli sobie, że właśnie oni będą pierwszymi ludźmi, którzy złożą hołd Wysłannikowi, a dopiero po nich pokłoni się król, a po królu dopiero arcykapłan i kapłani, a po kapłanach uczeni w Piśmie i lud. Wdzięczni byli Herodowi za jego łaskawą życzliwość, bo mógł przecież z równym prawdopodobieństwem nie zgodzić się na ich podróż do Bethlehem i sam udać się w drogę, i pierwszy złożyć hołd Nowonarodzonemu, ale to, że tego nie uczynił, świadczy o jego szacunku dla cudzoziemskich mędrców, których wyniósł ponad królów, chociaż sam jest królem. Uśmiechali się do tego odkrycia, i spojrzawszy w wygwieżdżone niebo, ujrzeli nad głowami swoich dawnych dobrych znajomych, Jowisza i Saturna, cudownie z sobą połączonych w gwiazdozbiorze Ryb. Ponieważ Ryby były widomym dowodem narodzin Nowonarodzonego, Saturn przemienionym obliczem El Szaddaja, pochylającego się opiekuńczo nad Izraelem, a Jowisz szczęśliwym znakiem ich podróży, magowie niezawodnie zdążali przed siebie, do obranego celu, gdyż czas powstały z tego przychylnego połączenia i wzajemnego przenikania planet, czas wielkiej Wszechświętości, czas Przyjścia, czas Ucieleśnienia, wcielił się w ich niezachwianą wiarę, która wypełniając ich jestestwo, równocześnie ich wyprzedzała, szła przed nimi i wskazywała im właściwą drogę. Jadąc na wielbłądach, pewnie zdążali przed siebie i mieli głębokie przekonanie, że nie mogą zdążać inną drogą, ponieważ tylko jedna prowadzi do Nowonarodzonego, a jest nią droga przez wąskie i brudne uliczki miasteczka, obok nędznych lepianek i kamiennych przymurków. Nie mogli zbłądzić. Ich wiara, wola i nadzieja, cudownie z sobą połączone, tak się z sobą zmieszały i stopiły, że zatarła się wszelka między nimi granica, a potem różnica. Przestały istnieć jako odrębne pojęcia. Wiara była wolą, a wola nadzieją, a nadzieja wiarą. Stały się jednym Pojęciem o nowej i nieznanej dotychczas treści i mocy, niezmąconą Pewnością, bezcielesnym Palcem, nieomylnie wskazującym w nocnych ciemnościach — była już wtedy druga straż nocna — dom, mały dom, położony na krańcu miasteczka, a w tym domu izbę na dachu, skąpo oświetloną płomykiem oliwnej lampy.

Zsiedli z wielbłądów i weszli na piętro.

Zastali Josefa zajętego struganiem kija i ujrzeli Niemowlę śpiące na podwójnie złożonej macie i matkę cerującą mężową tunikę. Nie było w tej scenie nic nadzwyczajnego — był to po prostu obraz wieczornej ciszy, poprzedzającej udanie się rodziny na nocny spoczynek — ale dla magów stało się natychmiast jasne, że tych troje, znajdujących się w czterech ścianach jednej izby, pod jednym dachem, jest początkiem nowego czasu. A ponieważ czas jest odległością człowieka od Elohim, a odległość ta zmniejszyła się teraz do rozmiarów dwóch łokci, dzielących babilońskich przybyszów od Jezusa leżącego na podwójnie złożonej macie, magowie bez słowa uklękli przed Dzieckiem — obudziło się i patrzało na nich czarnymi, ufnymi oczami — pochylili nisko głowy, a najstarszy z nich podniósł oczy ku niebiosom i począł w duszy chwalić Elohim, i ani Miriam, ani Josef nie odgadli, że ów poganin, mędrzec znad Eufratu, niewtajemniczony w świętość Abrahamowego Przymierza, mąż nieobrzezany, w uwielbieniu i pobożności błogosławi Boga Izraela. Po czym młodszy mag, rozwiązawszy tłumok, wyjął z niego dary: kilka sztuk złota, woreczki z mirrą i kadzidłem roztartym na proszek, i ułożył je obok Jezusa.

Miriam i Josef nie mogli zrozumieć, po co nieznani podróżni przybyli do ich domu, kto ich do niego skierował, ani powodu ich iście królewskiej hojności — chcieli zasypać ich pytaniami i ugościć jadłem, napojem i noclegiem, a mąż sprawiedliwy już szukał w myślach kwiecistego porównania, które by było choć cieniem wdzięczności za otrzymane dary, gdy magowie, uprzedzając słowa gospodarza przyłożyli palce do warg na znak milczenia, po czym uklękli przed Dzieckiem, pokłonili się Miriam, Josefa ucałowali w ramię i szybko wyszli. Wtedy dopiero Miriam i Josef uświadomili sobie, że odwiedziny trzech króli — tak ich bowiem nazwali w myślach z powodu ich królewskiej hojności — odbyły się w całkowitym milczeniu, gdyż z ust gości i gospodarzy nie padło ani jedno słowo, i gdyby nie dary, które leżały koło maty, na ziemi, u stóp Dziecka, na pewno by przypuszczali, iż to wszystko, co się wydarzyło w ich izbie, było raczej snem niż rzeczywistością. Dlatego Josef, chcąc się upewnić, że nie śni, dotknął palcami darów leżących na ziemi i przekonał się, że złoto jest złotem, mirra jest mirrą, a kadzidło kadzidłem. I rozłożył ręce, co miało oznaczać, że nie umie wytłumaczyć sobie sensu tych odwiedzin i celu tych hojnych darów.

A tymczasem magowie ruszyli na północ tym samym traktem, którym przybyli do Bethlehem. Ponieważ o poranku zamierzali stanąć z powrotem w Jerozolimie, aby jak najszybciej przynieść Herodowi radosną nowinę o Pożądanym i Znalezionym, coraz gwałtowniej poganiali wielbłądy, jakby się bali, że ktoś ich w tym poselstwie wyprzedzi. Ale im dłużej jechali, tym dłuższa wydawała im się droga. Poczęli się niepokoić. Czyżby zbłądzili? Już powinni dawno dostrzec z dala mury Świętego Miasta, a wciąż jechali wśród pustych wzgórz. Wielbłądy biegły truchtem, a jednak biegły powoli, a biegnąc, jakby stały w miejscu. Ta w nieskończoność ciągnąca się droga głęboko ich zastanowiła, więc szukali przyczyn tego zjawiska z początku w opieszałości wielbłądów, a ponieważ wielbłądy biegły szybko i żwawo, trzej magowie poczęli uważnie śledzić samych siebie, a potem wypadki ostatnich dni i doszli do przekonania, że źródło tej niezwykłej szybko-powolnej podróży kryje się głęboko pod powierzchnią zdarzeń, których byli ostatnio współuczestnikami. Badając je, a zwłaszcza przebieg odwiedzin w królewskim pałacu, poczęli dostrzegać w postępowaniu Heroda, w sposobie jego mówienia, a zwłaszcza w formułowaniu pewnych wypowiedzi skazy i chropowatości, których przedtem nie umieli dostrzec, wsłuchani w jego gładkie i przymilne słowa. Podejrzane również wydawało im się teraz trwożne zachowanie się Judejczyków. Wątpliwości magów pogłębiły się jeszcze bardziej, gdy wymieniwszy między sobą kilka słów, zmiarkowali, że są zgodni w swoich podejrzeniach co do szczerości zamiarów Heroda. Nie mogli zrozumieć swojego lekkomyślnego — tak je teraz określali — postępowania, które kazało im w Jerozolimie ujawnić przed gadatliwymi mieszkańcami cel swej dalekiej podróży i głośno dopytywać się o miejsce narodzin Nowonarodzonego. Swoją niewybaczalną nieostrożnością narazili Go na niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo? Słowo to spadło na nich jak piorun. Dlaczego, chcąc działać dobrze, działali źle? Dlaczego, idąc do Wybranego, musieli obrać okrężną drogę, prowadzącą właśnie przez Pałac Potępionych? Przecież gwiezdny czas, który szedł przed nimi z Jerozolimy do Bethlehem i wskazał im dom Nowonarodzonego, mógł równie dobrze być ich przewodnikiem podczas całej drogi i ochronić ich lub choćby ostrzec przed zetknięciem z Herodem. Na te pytania i sprzeczności nie umieli sobie udzielić jasnej odpowiedzi, ale ponieważ uważali, że w każdym pytaniu znajdują się kiełki odpowiedzi, a w każdej sprzeczności kiełki zgodności, doszli do zgodnego wniosku, który był raczej pociechą niż wnioskiem, że było zrządzeniem nieba, aby Potępiony wskazał im drogę do Wybranego, aby Zło wskazywało im drogę do Dobra, a Nienawiść do Miłości, jak to często w życiu się dzieje ku nieopanowanemu zdumieniu człowieka. Poczęli więc modlić się i w modlitwie swojej polecali Niemowlę Bożej opiece, i im dłużej się modlili, tym większy był ich spokój i tym większa była ich pociecha, i tą pociechą ukołysani, kiwali się na stąpających godnie wielbłądach, i usnęli, a gdy się obudzili, byli już daleko od Jerozolimy, po drugiej stronie Morza Soli, w czarnych górach Moabu.

A jadąc radowali się, że byli wykonawcami woli Pana, który postanowił dla zbudowania Izraela pokazać mu trzech pogańskich poszukiwaczy Prawdy i dlatego ukształtował ich wyprawę i przygodę na modłę żywej hagady, mądrego i wdzięcznego opowiadania z głębokim morałem, i wpisał ją swą niewidzialną ręką w krwawe dzieje Heroda i błogosławione dzieje Dziecka.

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

Herod i magowie

Admin Boże Narodzenie 04 styczeń 2020

 Wczesnym rankiem do gospody, w której zatrzymali się trzej magowie, przybył zaufany dworzanin Heroda — celem odwrócenia uwagi właściciela gospody i gawiedzi nałożył na siebie strój średnio zamożnego kupca, gdyż król polecił mu traktować misję poufnie i tajnie — iw uniżonych i kwiecistych słowach zaprosił ich na przechadzkę po Jerozolimie. Magowie wprawdzie zaskoczeni byli nagłymi odwiedzinami i uprzejmością Judejczyka, ale skwapliwie skorzystali z jego zaproszenia, gdyż czuli się w mieście obco i nieswojo. Od chwili bowiem, gdy poczęli wypytywać ludzi o nowo narodzonego króla Izraela, wszyscy, jak na dany znak, odsunęli się od nich, a na ich zapytania, nawet najbardziej obojętne, odpowiadali niechętnie, ostrożnie, skąpymi półsłówkami.

Gdy wyszli z gospody i skierowali swe kroki na Xystos, Judejczyk zaproponował im zwiedzenie ogrodów Heroda, na co magowie chętnie wyrazili zgodę, i uradowani, że ujrzą na własne oczy cuda, o których tyle słyszeli, raźno ruszyli do Górnego Miasta — po drodze zachwycali się gmachem Sanhedrynu i Pałacem Hasmonejczyków — i wkrótce znaleźli się wśród wspaniałych alei, tarasów i portyków, wodotrysków i pomników, wyobrażających rzymskich i greckich herosów. Dopiero teraz uprzytomnili sobie, że straż herodiańska bez żadnych trudności wpuściła ich do królewskich ogrodów. Ale długo nie zastanawiali się nad tym błahym szczegółem, gdyż uważali, że dostojność ich postaci jest wystarczającą rekomendacją dla służby pałacowej. Wprawdzie nigdy nie grzeszyli pychą, mieli jednak właściwe i słuszne wyobrażenie nie tylko o swojej wiedzy i mądrości, lecz również o swoim zewnętrznym wyglądzie, pełnym wyniosłej skromności i szlachetnego patosu. Gdy szli długą aleją platanów, oszołomieni pięknem umiejętnie ufryzowanej przyrody, Judejczyk przystanął i podniósłszy dłoń, co miało być znakiem, że chce coś ważnego powiedzieć, tak do nich przemówił:

— Nie jestem kupcem, lecz dworzaninem króla Heroda, który ceniąc waszą mądrość i wiedzę — a wiele o niej słyszał — posłał mnie po was, gdyż pragnie z wami poufnie pomówić. Podkreślam z naciskiem poufny charakter rozmowy, a to powinno wam nie tylko wyjaśnić, dlaczego zjawiłem się w waszej gospodzie w stroju jerozolimskiego kupca, ale również powinno być myślą przewodnią przyszłego waszego działania, które tylko wtedy znajdzie łaskę w królewskich oczach, gdy będzie okryte ścisłą tajemnicą. Jesteście mędrcami, więc wiecie, że nadmiar słów jest hańbą mędrca, a milczenie jego klejnotem.

I nie czekając na ich odpowiedź, ruszył przed siebie marmurowymi schodami ku białej terasie, a oni szli za nim posłusznie, zdumieni, lecz uradowani, gdyż czuli, że wreszcie dowiedzą się czegoś o Wysłanniku.

Król przyjął ich w Komnacie Wielkich Polowań, zwanej tak od kolorowych mozaik, przedstawiających sceny z życia myśliwych. Odprawił dworzanina, który przed wyjściem rozgarnął długim pogrzebaczem żarzący się w mosiężnym piecyku drzewny węgiel. Wprawdzie wciąż czuł się źle — nieustannie dolegały mu bóle w podbrzuszu, a gorączka trawiła jego jelita — jednak starał się nie okazywać mędrcom swojego wyczerpania wielomiesięczną chorobą i uśmiechnąwszy się — ten uśmiech był wymuszony i nieszczery, ale tego magowie nie mogli stwierdzić — kazał im obok siebie usiąść i udając, że interesuje się gwiaździarstwem, prosił ich, by mu opowiedzieli o planetach, ich ruchach i tajemnym wpływie na losy ludzkie. Herod zamierzał z początku krążyć niedostrzegalnie dokoła sprawy, która miała być tematem ich rozmowy, naprzód zdobyć zaufanie magów udanym zainteresowaniem dla wiedzy tajemnej i dopiero wtedy tak przygotowane ofiary silnie ścisnąć za gardło. Ale magowie okazali się naiwniejsi, niż to sobie król wyobrażał. I to było ich szczęściem. Albowiem właśnie ta szczera i dobroduszna naiwność — mądra naiwność uchroniła już niejednego mędrca przed podstępnym złem — stała się sidłem, w które sam król miał wpaść i dzięki której udało się magom, nieświadomym zresztą ani niebezpieczeństwa, w jakim się znaleźli, ani tego, że mieli być narzędziem w rękach władcy Judei, ujść cało pomiędzy okami sprytnie nastawionej sieci. Otóż magowie, widząc zainteresowanie uśmiechniętego władcy dla wiedzy gwiaździarskiej, natychmiast opowiedzieli mu wszystko, co wiedzieli o Jowiszu i Saturnie cudownie z sobą połączonych w gwiazdozbiorze Ryb, i nie omieszkali mu wyjaśnić, że Jowisz jest planetą radości i szczęścia, a Saturn otoczony pierścieniami jest tarczą i obroną Izraela, a Ryby są znakiem Wysłannika, którego szukają w Judei, gdzie musiał się teraz narodzić, jak na to wskazują cudownie połączone planety.

Herod podniósł dłoń. Magowie umilkli. Król pochylił się w krześle — jego nie farbowane od długich miesięcy włosy, teraz siwo-rude, w nieładzie opadły na skronie i czoło — i rzekł, zniżywszy głos:
— Podniesiony na duchu waszą wiarą i wiedzą, i umiłowaniem osoby Wysłannika, którego i ja jestem głębokim czcicielem, skieruję was na ślad, który was zaprowadzi do jego kołyski.
Magowie uważnie słuchali, a Herod ciągnął dalej:
— Idźcie do Bethlehem Efraty, małego miasteczka położonego na południe od Jerozolimy, i tam odszukajcie nowo narodzonego — albowiem tam miał się narodzić według świętego proroctwa proroka Michy — i odszukawszy go, powróćcie zaraz do Jerozolimy i dajcie mi znać o radosnej nowinie, ale nikomu o niej nie opowiadajcie, dopóki sam pierwszy nie złożę dziecku królewskiego hołdu. Dla tego mojego pierwszeństwa wezwałem was tutaj tajnie i poufnie, aby nikt z Sanhedrynu ani uczonych w Piśmie, ani ze starszych ludu, ani z samego ludu nie uprzedził mnie w pokłonach u stóp Wybawcy Izraela. Zrozumieliście?
— Tak — odpowiedział najstarszy mag.
— Tak — odpowiedzieli równocześnie jego towarzysze.
Wówczas król wstał — kosztowało go to wiele wysiłku — i objąwszy magów, serdecznie ich uścisnął i ucałował w ramię, a wzruszeni mędrcy złożyli przed nim niski pokłon.

I odeszli.
Herod opadł bezwładnie na krzesło. Gdy napięcie minęło, nie mógł nawet podźwignąć się o własnych siłach. Radość z dobrze rozegranej partii walczyła w nim z coraz bardziej opanowującym go znużeniem. Chciał zawołać na sługę, aby mu pomógł udać się do łoża, ale po namyśle zrezygnował z tego zamiaru, gdyż wolał zostać teraz sam i bez świadków napawać się odniesionym zwycięstwem. Magowie połknęli haczyk. To dobrze. Czy ma posłać za nimi zaufanego człowieka, by ich śledził i doniósł mu o wyniku ich poszukiwań? To byłoby rozsądne i słuszne, ale czy można mieć zaufanie nawet do najbardziej zaufanego sługi? Wiedział, że otacza go zgraja przekupnych donosicieli, którzy wprawdzie biorą od niego pieniądze, ale równocześnie biorą pieniądze od Sanhedrynu, od arcykapłana, od saduceuszów, od faryzeuszów, służąc wszystkim równocześnie z jednaką wiernością. Nawet dworzanin Menasse, który tak sprytnie przywiódł magów do pałacu, na pewno teraz sprzedaje tę wiadomość faryzeuszom za trzydzieści srebrników. Za ile bracia sprzedali Josefa? Za dwadzieścia srebników. Za tanio. Za tanio. Magowie okazali się naiwni i głupi. Sami przyniosą rybę w sieci. Na pewno przyniosą... Na pewno... Ale Sanhedryn nie powinien się dowiedzieć o jego obawach przed nowo narodzonym dzieckiem. Po cóż ma się ośmieszać w oczach uczonych w Piśmie i całego ludu? Ten małpi arcykapłan na pewno skorzystałby wówczas ze sposobności i natychmiast doniósł Rzymianom, i rozpowszechnił wieści wśród ludu, że stary król popadł w szaleństwo i posłał magów do Bethlehem, gdyż lęka się osesków. Ale czy stary król naprawdę lęka się osesków? Czy stary król naprawdę lęka się nowo narodzonego dziecka? Przecież stary król lęka się tylko urojeń opętanego wybraństwem ludu Izraela, boi się snu kilku obłąkanych proroków, boi się chorej wyobraźni wiecznie czekającego na coś pospólstwa. Więc po co sprowadził magów do swojego pałacu? Po co ich posłał do Bethlehem? Co oni tam znajdą? Nic... urojenia... sen... powietrze... pustkę... Mędrcy wrócą i powiedzą: — Nic nie znaleźliśmy, królu, nic. Gwiazdy kłamały i prorocy kłamali. Wszystko jest kłamstwem... Prawdą jest tylko pustka.
Herod pomyślał, że właśnie po to posłał magów do Bethlehem, by znaleźli tam tylko pustkę i przywieźli mu radosną nowinę o pustce, a wtedy owa nowina o pustce będzie jego zwycięstwem nad wyobraźnią niegodziwego Izraela i zemstą na niewdzięcznym narodzie, który nienawidzi go za wszelkie i bogate dobro wielkodusznie mu ofiarowane królewską dłonią.

Na myśl o tej zemście Herod uradował się wielką radością, ale zmęczenie wzięło nad nią górę i król, wyczerpany kojącym widzeniem bethlehemskiej pustki, klasnął na sługę.
Wszedł dworzanin.

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

Kapłani u Heroda

Admin Boże Narodzenie 02 styczeń 2020

Gdy Miriam z Dzieckiem i Josefem opuszczali Jerozolimę i zdążali na południe, do Bethlehem, o tej samej porze magowie wjeżdżali od wschodu przez Bramę Siloah do Świętego Miasta. Ponieważ więcej wiedzieli o niebie i gwiazdach niż o ziemi i lepiej byli obeznani z prawami rządzącymi systemem planetarnym niż z systemem politycznym kraju, do którego przybyli — nie znali położenia, w jakim się znalazła Judea pod panowaniem Heroda, świetnego organizatora, mądrego i przebiegłego dyplomaty, ale równocześnie okrutnego i krwawego tyrana — już na samym początku swojego pobytu w Jerozolimie zachowywali się niezbyt ostrożnie, a skutki tej nieostrożności nie dały na siebie długo czekać. Jadąc na wielbłądach ulicami Dolnego Miasta, rozglądali się dokoła i swoim cudzoziemskim wyglądem zwracali na siebie uwagę przechodniów, a przede wszystkim straży herodiańskiej, która zresztą zawsze podejrzliwym okiem patrzyła na obcokrajowców przybywających do Judei. Gdy stanęli na Xystos wśród rojnego tłumu przekupniów i gapiów, a najstarszy mag, ów o ostrym profilu i dolnej wardze nieco wysuniętej, co nadawało jego twarzy wyraz władczego uporu, począł głośno i z przesadnym podnieceniem wypytywać o nowo narodzonego króla Izraela, szybko rozniosła się wieść po całym placu targowym, po Dziedzińcu Pogan, po Górnym i Dolnym Mieście, po przedmieściach, że trzej cudzoziemcy przybyli znad Eufratu szukają jakiegoś królewskiego noworodka, któremu pragną złożyć hołd. Ludzie, zwłaszcza ci, których wyobraźnia i gadulstwo nie znały umiaru, dodawali zmyślenie do prawdy, tak że wkrótce wieść o przybyciu magów do Jerozolimy, pomnożona przez plotki i fantastyczne komentarze, tak znamienne dla charakteru wschodnich ludzi kochających się w przesadzie, urosła do rozmiarów najważniejszego wydarzenia dnia.

W kilka godzin później dowódca straży herodiańskiej doniósł choremu królowi — król już od dłuższego czasu nie opuszczał łoża z powodu licznych dolegliwości, które trapiły jego ciało, ale mimo wewnętrznej gorączki, wrzodów i bólów w jelitach, trudności w oddychaniu i nadmiernych potów, żelazną ręką kierował losami państwa — o przybyciu magów do Jerozolimy i położył, jak było do przewidzenia, główny nacisk na tajemniczy cel owej wizyty, i nie omieszkał dodać relacji o plotkach, w których nierozumni bajarze, wyżywający się w pustym gadulstwie i kąśliwym paplaniu na Xystos i Dziedzińcu Pogan, łączyli jakieś nowo narodzone niemowlę z postacią Mesjasza. Herod, usłyszawszy wzmiankę o Mesjaszu, podniósł powieki — dotychczas słuchał z zamkniętymi oczami, z trudem oddychając — i kazał ją sobie jeszcze raz powtórzyć. Wysłuchał jej uważnie. Zmarszczka pomiędzy brwiami pogłębiła się, a jego brązowe o żółtym odcieniu pustynne oczy błądziły po cedrowej powale komnaty, potem po jej ścianach obwieszonych kobiercami, wreszcie zatrzymały się na dowódcy straży, który cały zamienił się w słuch, gdyż przypuszczał, że otrzyma teraz rozkaz uwięzienia magów, lecz ku swojemu zdziwieniu ujrzał na twarzy króla dobroduszny uśmiech i usłyszał słowa wypowiedziane tonem pobłażająco-drwiącym:
— Niemowlę w roli Mesjasza? Cóż to za nowość?
A po chwili dodał:
— Możesz odejść.

Po wyjściu dowódcy Herod począł się zastanawiać nad otrzymanym raportem. Nie czuł już teraz badawczego spojrzenia oficera na swojej twarzy, a nie lubił roztrząsać i rozważać w sobie trudnych spraw w obecności obcych czy nawet bliskich osób, gdyż jego żywa i ruchliwa fizjonomia — była ona największym mankamentem osobowości króla — niezwykle plastycznie odnotowywała każde poruszenie jego wnętrza. Dlatego wobec ludzi naktadał na twarz maskę ironii i pogardy, gdyż ironią i pogardą zwykł był pokrywać uczucie strachu, zakłopotania i niepewności. Mesjasz? Mesjasz? Herod miał mgliste wyobrażenie o wierze w Mesjasza. Nie znał dobrze ksiąg świętych. Czytał je zawsze szybko, nieuważnie, pobieżnie, bez należytego skupienia i przygotowania, zwracając jedynie uwagę na te ich fragmenty, których znajomość potrzebna mu była dla bieżących spraw politycznych, ale wiedza ta była tylko powierzchowna i szybko wietrzała mu z pamięci. Poczuł dotkliwy ból w podbrzuszu. Nie przerwał jednak swoich rozmyślań, gdyż chciał powziąć jakieś jasne i wyraźne postanowienie. Mesjasz... Mesjasz... Herod doznawał zawsze uczucia nieposkromionego strachu, ilekroć rozmyślał o Mesjaszu, zwłaszcza że było to pojęcie z mgły i powietrza, bezkształtne i nieuchwytne. Można było zabić podstępnych arcykapłanów, niewierne żony, spiskujących synów, zdradzających dworzan, ale jak zabić wiarę w Mesjasza, którego nie można wtrącić do więzienia ani uchwycić rękami za gardło? Skąd ma przyjść owa nieokreślona postać? Czy przyjdzie na świat jako dziecko, normalnie się rozwijające? A może przybędzie z jakiejś dalekiej krainy — z jakiej krainy? — jako mąż dojrzały? Po czym będzie go można rozpoznać? Po jakich cechach ciała i ducha? Herod nie wierzył w zjawienie się Mesjasza, ale niepokoiła go wiara w jego przyjście. Jeżeli zatem zastanawiał się nad owym przyjściem, czynił to tylko dlatego, że chciał wczuć się w głupotę pospólstwa, w jego ciemną, burzliwą i gwałtowną wiarę i w pełni uzmysłowić sobie jej możliwości, które niezależnie, z jakiego wyrastają podglebia, zawsze mogą się okazać niebezpieczne, a nawet groźne dla władzy królewskiej i losów dynastii. Dlatego nie wierząc w przyjście Mesjasza, zastanawiał się nad tym, jakim sposobem on przyjdzie na świat, i nie wierząc w możliwość jego istnienia, rozmyślał nad tym, jak będzie wyglądał, jaka będzie jego postać, jego szata i jakie będzie jego działanie w gorączkowej wyobraźni Izreala. O tę wyobraźnię przede wszystkim mu chodziło. Jak ją wyrwać z duszy Izraela, jak ją oślepić, ogłuszyć, zabić? Jak wykarczować z serc tego wierzgającego ludu śmieszną wizję Męża Bożego, Wysłannika i Zbawiciela? Jak zniszczyć urojenia o szczęśliwym czasie mesjańskim? Ręce jego poczęły drżeć. Odległe urojenie jest niebezpieczniejsze od bliskiej prawdy, bo bliską prawdę można łatwo ująć, związać i zabić, a odległe urojenie trudno chwycić za gardło i niełatwo zniszczyć. Prawda jest cielesna, urojenia bezcielesne. Prawda jest dotykalna, urojenia — niewidzialnym powietrzem. Jak zabić powietrze? I tak zatoczywszy szerokie koło medytacji, powrócił do punktu wyjścia swoich rozważań, którym był strach przed Mesjaszem.

Ponieważ nie umiał udzielić sobie odpowiedzi na te wszystkie pytania, jeszcze tego samego dnia wezwał do siebie kapłanów, do których wprawdzie zawsze czuł żywiołową niechęć — złożyło się na to wiele powodów — ale wiedział, że bez ich pomocy i wyjaśnień nie zdoła rozwiązać tajemnicy magów. Był głęboko przekonany — jak każdy Idumejczyk posiadał silnie rozwinięty instynkt myśliwski i dzięki niemu na odległość wyczuwał skradającego się drapieżnika — że przybycie magów do Jerozolimy stanowi dla niego i dla jego królestwa niebezpieczeństwo, które musi wszelkimi sposobami zażegnać. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że nie zdawał sobie sprawy z niedorzeczności swoich podejrzeń, bo przecież trzech bezbronnych poszukiwaczy Boga nie może stanowić niebezpieczeństwa dla państwa rozporządzającego armią i świetnie zorganizowaną policją. Herod w rzeczywistości w głębi duszy tę niedorzeczność dostrzegał i był jej w pełni świadomy, co zresztą później się potwierdziło, ale tłumił ją w sobie, gdyż bał się, że nie tłumiąc jej staje się mniej czujny i mniej przezorny, i wskutek tego jeszcze bardziej naraża się na niebezpieczeństwo. Mógł wprawdzie kazać natychmiast uwięzić magów, ale chciał działać roztropnie i ostrożnie, i słusznie przewidywał, że taka decyzja spowoduje tylko nową falę plotek i zbędnego gadulstwa, zwłaszcza iż stugębna fama zwykła opacznie tłumaczyć wszystkie jego postanowienia. Kapłani przybyli wieczorem do królewskiego pałacu.

Herod leżał w łożu. Jego zmęczona, gładko wygolona twarz, oświetlona wysokimi lampami oliwnymi, odbijała ciemną plamą od śnieżnej bieli poduszek. W powietrzu czuć było zapach nardu i kadzidła. Przyjął ich niezwykle serdecznie, w wylewnych słowach malował swoje uczucia i szacunek dla Świątyni i kapłanów, a im więcej prawił im uprzejmości i im bardziej wynosił pod niebo ich mądrość, tym większa rosła w nich trwoga, a ponieważ Herod wiedział, że jego słowa właśnie ten skutek wywołują — skutek zresztą celowo zamierzony — do serdecznych słów jeszcze serdeczniejsze dodawał i w ten sposób starał się psychicznie ich rozbroić. Rzymskim zwyczajem klasnął w dłonie. Otwarły się podwoje i niewolnicy wnieśli na tacach wieczerzę. Na złotym półmisku piętrzył się stos wołowiny, obok leżała dziczyzna, przyprawiona ostrymi korzeniami, tłuszcz z ogona baraniego i rozmaite ryby w kolorowych sosach. Niewolnicy nalewali wino i wodę, a Herod czułymi słowami zapraszał kapłanów do spożywania smakowitego jadła, solennie ich zapewniając o koszernej czystości tych wszystkich darów Bożych, sporządzonych ściśle według Mojżeszowych przepisów. Ale kapłani, czy nie dając wiary jego zapewnieniom, czy też z powodu niepokoju, który odbierał im apetyt, prawie nic nie jedli, i tylko jeden z nich z trudem przełknął mały kawałek ryby i pociągnął łyk wina. Gdy niewolnicy podali owoce, król podniósłszy się nieco na łożu, spytał nagle cichym i łagodnym głosem, w którym jednak kapłani, ludzie o dobrym słuchu, usłyszeli szelest skradającej się pantery.
— Co sądzą kapłani o Mesjaszu?

Spojrzeli po sobie i natychmiast skojarzyli w swoich myślach królewskie pytanie z przybyciem nieszczęsnych magów do Jerozolimy. Jeden z kapłanów, mąż w sile wieku, o przygarbionych plecach i czerwonych powiekach, które świadczyły o nocnych wytężonych studiach nad zwojami, widząc, na co się zanosi, i chcąc zrzucić z siebie i towarzyszy odpowiedzialność za to wszystko, co się może teraz zdarzyć, odparł:
— Cóż my możemy wiedzieć o Mesjaszu? Wiemy to, co jest napisane w świętych księgach.
— Chyba wierzycie w święte księgi? — spytał drwiąco Herod.
— Wierzymy — wycedził kapłan o przygarbionych plecach.
— Zatem co jest napisane w Piśmie o Mesjaszu? — głos Heroda zadrżał niecierpliwie.
— Trudno ustalić, czy w świętych zwojach jest mowa o Mesjaszu — wtrącił się do rozmowy szczupły kapłan o krótko strzyżonej brodzie i długich, pielęgnowanych kędziorach, spływających po obu stronach jego ascetycznej twarzy.
— Komu trudno jest ustalić? — naciskał Herod.
— Uczonym w Piśmie...
— Wy nigdy nie powiecie całej prawdy — Herod z trudem panował nad nerwami.
— Cała prawda znana jest tylko Elohim. My znamy jedynie jej okruchy — dorzucił skromnie trzeci kapłan, krępy, niski, o tłustych, nalanych policzkach.
Herod udawał, że się uśmiecha. Ale ten uśmiech — raczej grymas niż uśmiech — przestrzegł kapłanów przed dalszym igraniem z ogniem. Dlatego szczupły, o krótko strzyżonej brodzie, chcąc rozładować napięcie, przemówił:
— Wprawdzie w Pismach Świętych można znaleźć wiele wypowiedzi o mężach opatrznościowych, którzy zbawią Izraela, ale...
— Od czego zbawią? — przerwał Herod.
— Od czego? — pytaniem na pytanie odpowiedział kapłan i natychmiast dodał: — Zbawią od zła.
— Od jakiego zła? — Herod był nieustępliwy.
— Od wojen, od zarazy, od chorób, od ognia, od wody — powoli cedził kapłan, jakby chciał zyskać na czasie, a gdy Herod milczał, nawiązał do poprzedniej swojej myśli, którą przerwały dociekliwe pytania króla.
— Wiara w Mesjasza — ciągnął kapłan — jest wiarą ludową, a jego osoba i atrybuty są pojęciami dotychczas niesprecyzowanymi. Zresztą opinie uczonych w Piśmie są w tej dziedzinie, jak i w wielu innych, podzielone, tak że nie można z bezwzględną pewnością opierać się na ich wypowiedziach i twierdzić, iż dany tekst mówi o Mesjaszu. Poza tym należy mieć zawsze na uwadze, że Elohim nie wszystkie swoje tajemnice ujawnił przed Izraelem. Bardzo tajemnicze jest proroctwo Jesai o mężu opatrznościowym — ale mąż opatrznościowy i Mesjasz to nie jedno i to samo — którego pocznie dziewica...
— Przecież to brednia — przerwał Herod.
Szczupły, o krótko strzyżonej brodzie, patrząc spode łba na króla, rzekł:
— Dlaczego brednia, panie? U Elohim jest wszystko możliwe.
To rzekłszy, przyłożył palec do warg i zwilżywszy go śliną, nerwowo owijał dokoła niego pięknie trefione kędziory.
— Dziewica porodzi dziecko? To są kpiny ze zdrowego rozsądku — Herod podniósł się na łożu i uderzył pięścią o kant łóżka.

Kapłani oniemieli. Szczupły zmarszczył brwi, podniósł dumnie głowę i patrzył ponad Herodem, przed siebie, w kąt komnaty, gdzie spokojnym płomieniem paliła się lampa oliwna. Krępy wyprostował się, wydął pogardliwie wargi, zmrużył oczy, a jego nalana, tłusta twarz zesztywniała w nieruchomą, groźną maskę. Kapłan o czerwonych powiekach i przygarbionych plecach jeszcze bardziej się pochylił, jakby gotował się do skoku, a ledwo widoczny ruch muskułów dolnej szczęki świadczył, że zacisnął kurczowo zęby. Siedzieli sztywni, milczący, ale zaczajeni, a chociaż każdy z nich miał swoją własną duszę i swoją własną twarz, i swój własny wzrost, i swoje własne ruchy, mimo to z sekundy na sekundę coraz bardziej upodobniali się do siebie i po chwili byli już tylko jedną duszą, jednym ciałem, jedną twarzą, jednym ruchem, a nie trzema różnymi, zalęknionymi kapłanami, starającymi się za pomocą sofistycznych kruczków wymknąć z nastawionej sieci. Byli jedną całością, świętą, niezłomną całością, nieznającą ustępstw, wybiegów, trwogi, kluczenia i chytrości, po prostu byli wybranym Izraelem, dumnym Jeszurunem, własnością Pana Mocy, Elohim Gibor.
Kapłan o czerwonych powiekach podniósł się z miejsca. Na jego policzkach wystąpiły rumieńce, a na czole żyły. Z jego zaciśniętych warg poczęły padać słowa o wadze kamieni:

—Nic nie jest brednią i kpiną ze zdrowego rozsądku, co wychodzi z ust Elohim. Jeżeli On chce, wszystko się stanie i wszystko się stanie, cokolwiek zechce, a jeżeli zechce, to nawet dziewica porodzi dziecko, a z kamieni wytryśnie woda, a laska zamieni się w węża, a oślica przemówi. Albowiem u Przedwiecznego i Niewidzialnego wykonalna jest każda niewykonalność i każde NIE stanie się TAK, i każde TAK stanie się NIE, a każde nieistnienie będzie istnieniem, każde istnienie nieistnieniem, a każda śmierć życiem, a każde życie śmiercią, i dlatego niechaj będzie błogosławiona Jego Wszechmoc, a Łaska Jego niechaj czuwa przez wieczny czas nad Izraelem. Prorok Micha powiedział, że z Bethlehem Efraty, chociaż jest ono najmniejsze spośród wszystkich miast judejskich — tu kapłan o czerwonych powiekach podniósł głos, który stawał się coraz gwałtowniejszy i żarliwszy — wyjdzie Ten, który będzie władcą w Izraelu. Ród Jego wywodzi się z przeszłości, od dni zamierzchłych, a Pan opuścił Izraela tylko do czasu, gdy Panna, mająca urodzić, urodzi. Wtedy wstanie On i będzie Pasterzem Mocy Wiekuistego, w sławie Imienia Pańskiego, Boga swojego. A ludzie będą mieszkać i żyć bezpiecznie, albowiem będzie On wielki aż do granic ziemi. A On będzie pokojem. Tak powiedział prorok Micha — tu kapłan o czerwonych powiekach urwał swoją gniewną mowę i cisza zapadła w komnacie.

Herod sięgnął po jabłko i począł je obierać złotym nożykiem, wysadzanym perłami, a czynił to dlatego, by ukryć swą radość. Za dobrze znał kapłanów, by nie wiedzieć, że to wszystko, co mówił kapłan o czerwonych powiekach, skierowane buło ostrzem przeciw niemu, o czym zresztą świadczyła nie tylko sama przepowiednia o prawdziwym władcy Izraela, ale również owa z trudem poskromiona gwałtowna żarliwość i duma, z jaką była wypowiedziana. Herod uśmiechnął się. A jednak wydobył z tego podstępnego i kłamliwego kapłana wiadomość o miejscu urodzenia męża opatrznościowego, króla Izraela, mającego się narodzić czy nawet już narodzonego z dziewicy! Z dziewicy! Chętnie zaniósłby się głośnym śmiechem nad naiwnością i umysłową nędzą tych świątynnych osłów — z rozkoszą splunąłby im w twarz — ale ponieważ nie chciał im jawnie okazać swej radości i pogardy, sięgnął po jabłko i nożyk, i udawał, że zajęty obieraniem owocu z cienkiej skórki, obojętnie mimo uszu puszcza opowieść. Niby od niechcenia spytał pełnymi ustami:
— W Bethlehem ów mąż się narodzi?
— W Bethlehem — odrzekli zgodnym chórem kapłani, a to Bethlehem brzmiało w ich ustach jak łoskot siarczanego deszczu spadającego na grzeszną ziemię.
— Możecie odejść — rzekł Herod bezdźwięcznym głosem.
Pokłonili się i wyszli.
Król wytarł usta rękawem i odłożył na stół złoty nożyk wysadzany perłami.

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

Oczyszczenie i ofiarowanie w Świątyni

Admin Boże Narodzenie 28 grudzień 2019

Miriam trzymała dziecko na rękach, owinięte w wełnianą chustę, a Josef jak zwykle szedł obok, prowadząc osła za uzdę. Minęli ogrody królewskie i marmurowe fontanny, pałac Heroda, potężne wieże: Mariamne, Hippikos i Fazael, i w miejscu, gdzie droga z Jaffy zbiega się z drogą prowadzącą z Bethlehem, skręcili na północny wschód ku Antonii. Ponieważ pogoda była piękna — właśnie po kilku deszczowych dniach słońce wyjrzało zza chmur i nad miastem rozpostarło się błękitne niebo — Miriam odchyliła nieco chustę, aby Dziecko mogło swobodnie oddychać. Jezus, przytulony do matki, spał spokojnie. Jego maleńkie palce poruszały się bezwolnie, a spod czepka sterczało kilka ciemnych włosków. Gdy zbliżyli się ku stokom góry o dziwnym kształcie, Jezus czy to pod wpływem krzyków i nawoływań mijających ich przekupniów, czy po prostu dlatego, że osioł nagle przystanął, wskutek czego ustało monotonne kołysanie, obudził się i otworzył oczy. Miriam uniosła nieco Dziecko w ramionach, a Ono spojrzawszy w niebo, a potem na stok górski o dziwnym kształcie, pokryty pięknymi ogrodami, uśmiechnęło się i poczęło wodzić paluszkami po matczynej twarzy. Nagle wielkie czarne oczy zamieniły się w dwie wąskie szparki, twarzyczka skurczyła się, kąciki warg obsunęły się ku dołowi i Jezus zaniósł się płaczem. Miriam przytuliła Pierworodnego do piersi i może jeszcze długo trwałby Jego płacz, gdyby nie osioł, który łagodnie popędzany przez Josefa liściastą gałęzią, wreszcie ruszył przed siebie.

Wjechali do miasta przez Bramę Efraima.

Miriam nigdy dotychczas nie była w Jerozolimie. Przed kilkoma tygodniami, gdy pospiesznie zdążali na spis ludności do Bethlehem, ominęli Jerozolimę i tylko z dala podziwiali jej mury, ich rozległość, potęgę warownych wież, piękno pałaców i spiętrzonej nad nimi Świątyni. Wprawdzie Jehojakim i Hana co roku na Pesach pielgrzymowali do Świętego Miasta, ale Miriam zostawała w domu, gdyż musiała pilnować gospodarstwa. Teraz, jadąc rojnymi ulicami pomiędzy wysokimi kamiennymi domami — takich domów nigdy nie widziała w Nazarecie ani w Ejn Karem, ani w Bethlehem — przyglądała się z rosnącym zaciekawieniem złotym murom Świątyni, a potem ludziom, bramom, towarom rozłożonym na ziemi, na straganach i w kramach, chustom kolorowym, lnianym tunikom, białym płótnom, malowanym sandałom, naramiennikom, pierścionkom, kolcom do uszu, zapinkom i bransoletom. Josef, zajęty pilnowaniem znarowionego osła, dzielnie torował rodzinie drogę wśród gęstniejącej ciżby i równocześnie zwracał pilną uwagę na ocierających się o niego w tłumie przechodniów, i wciąż przezornie ręką dotykał biodra, gdzie miał za pasem zatkniętą sakiewkę z dziesięcioma syklami, które według z góry ułożonego planu przeznaczone były na wykupienie w Świątyni Pierworodnego i kupno dwóch synogarlic — Miriam miała je złożyć jako ofiarę oczyszczenia — a pozostałe pieniądze, prawdopodobnie cztery sykle, stanowiły żelazny kapitał rodziny, podstawę jej utrzymania na okres nie wiadomo jak długi, zwłaszcza że mąż sprawiedliwy zwlekał z powrotem do Nazarethu. Dlaczego zwlekał? Czy może we wnętrzu swojego serca sprzyjał kuszącym propozycjom Eliezera? Czuł żywiołową niechęć do pomnażania majątku, do wszelkiego dobrobytu, do wyjścia poza granicę ubóstwa. A jednak chciał jeszcze pozostać w Bethlehem. Po co? Tego Josef nie wiedział, a nie wiedząc, był głęboko przekonany, że na coś czeka.

Tymczasem upewniwszy się, że sakiewka tkwi bezpiecznie za pasem, skierował osła ku Bramie Beniamina, albowiem chciał z Miriam i Dzieckiem wejść na teren Świątyni nie przez jedną z mniejszych bram, ale przez słynną, o wzniosłym wyglądzie Złotą Bramę, skąd rozpościerał się podnoszący na duchu widok na dolinę Cedronu i Górę Oliwną. Więc nadłożywszy drogi, kołując, jechali obok Bethesdy, pięknej sadzawki o pięciu krużgankach, gdzie mimo chłodnej pory roku leżeli chorzy, ślepcy, paralitycy w oczekiwaniu na poruszenie wody niewidzialnym skrzydłem anioła, i tak jadąc wąską ścieżką wzdłuż zewnętrznej strony murów, stanęli przed Złotą Bramą. Tutaj Miriam zsiadła z osła, którego Josef przywiązał do słupa i pozostawił pod opieką sług miejskich, sprawujących nadzór nad zwierzętami podróżnych, przybyłych z prowincji do Jerozolimy. Szli na Dziedziniec Pogan. Miriam, zachwycona pięknością świątynnej architektury, nie mogła oderwać. oczu od jej olbrzymich kamiennych bloków, o barwie starej kości słoniowej, od zdobytych na barbarzyńcach zbroi i hełmów wiszących na murach Przybytku, od portyków i spiętrzonych piramidalnie budowli, zakończonych u samego szczytu strzelistym Świętym Świętych, i najchętniej usiadłaby teraz pod jedną z kolumn i poczęła śpiewać na chwałę Niewidzialnego — czuła, jak wzbiera w niej muzyka, rozpiera piersi i wypełnia sobą całe jej ciało aż po końce palców i brzegi warg — ale wiedziała, że musi się śpieszyć, więc cała drżąca od niewyśpiewanej melodii, zdyszana, z Dzieckiem na ręku, nieomal biegła za Josefem.

Na Dziedzińcu Pogan panowała jak codziennie nerwowa krzątanina. Krzyki, nawoływania przekupniów i kupujących, wrzaskliwe zachwalanie towarów, ryk cieląt, bek owiec, gruchanie gołębi tak szczelnie wypełniały cały plac, że trudno było odróżnić poszczególne dźwięki i głosy. Mieszały się one z sobą i łączyły w jeden zgodno-niezgodny strumień, aby po chwili rozpaść się na oderwane dźwięki, ale jakby bojąc się, że w oderwaniu stracą swoją siłę i niepowtarzalną wymowę, znowu się z sobą łączyły, wzajemnie uzupełniały i spiętrzone w kakofoniczną harmonię przelewały się burzliwą kaskadą poza mury Świątyni, w głąb okolicznych dolin i kotlin. Pierworodny obudzony wrzaskiem i krzykami począł płakać, a Miriam, kołysząc Dziecko na rękach, starała się Je uspokoić, ale bezskutecznie. Mały krzyczał coraz głośniej, jakby chciał przekrzyczeć krzyk tłumu, i wymachiwał małymi rączkami, zaróżowiony od wewnętrznej emocji. Miriam nachyliła się nad Niemowlęciem i chcąc Je uspokoić, przybliżyła swoją uśmiechniętą twarz do Jego drobnej twarzyczki, i chciała powiedzieć coś w tym rodzaju: — Niech mały Jeszua nie robi mi wstydu — albo: — To nieładnie tak krzyczeć — gdy nagle ku swojemu przerażeniu dostrzegła zmarszczkę pomiędzy czarnymi oczami Dziecka, a w nich ostry błysk, którego w mowie ludzkiej inaczej nie można nazwać jak tylko błyskiem zapalczywości i gniewu. — Przecież to niemożliwe. Zapewne tylko mi się zdawało — pomyślała Miriam, gdy Niemowlę, wreszcie się uspokoiwszy, znów patrzało na nią głębokimi, łagodnymi oczami jagnięcia.

Tymczasem przekupnie, zmiarkowawszy, że Miriam i Josef przybyli celem złożenia ofiary oczyszczającej, otoczyli ich zwartym kołem i każdy z nich na inną nutę zalecał swój towar. Gdy Josef gromkim głosem powiadomił nacierającą na nich gromadę przekupniów, że Miriam nie zamierza złożyć ofiary bogaczy, lecz ofiarę ubogich, parę synogarlic lub parę gołębi, część przekupniów, niezainteresowana tak skromną sprzedażą szybko się ulotniła, a na placu pozostało tylko kilku gołębiarzy, którzy wyciągając do Miriam klatki, w patetycznych słowach zalecali piękno swoich ptaków, prześcigając się wzajemnie w zachwalaniu ich kolorystycznych zalet. Josef upatrzył sobie parę synogarlic różowego koloru z błękitną obrączką na szyi. Rozpoczął się targ. Wprawdzie ceny rynkowe zwierząt ofiarnych były ustalone przez arcykapłana, ale przekupnie nigdy ich nie przestrzegali, zwłaszcza wobec nabywców przybyłych z dalekiej prowincji, licząc na ich naiwność i nieznajomość cenników obowiązujących w Świętym Mieście. Dlatego przekupień zażądał od Josefa jednego sykla za parę synogarlic. Mąż sprawiedliwy, usłyszawszy cenę, uczynił przeczący ruch głową, ale obrotny przekupień skakał dokoła niego jak piłka, przytrzymał go za połę płaszcza, wreszcie począł mu udowadniać, ile traci pieniędzy ofiarując mu po tak przystępnej cenie parę cudownych ptaków (cudownych — powtórzył z naciskiem), które dzięki jego wylewnej wymowie i ognistej wyobraźni w mgnieniu oka urosły do rozmiarów mitycznych feniksów. Ale gdy inni przekupnie natarli z kolei na Josefa, który począł wykazywać pewne zainteresowanie — prawdopodobnie udane — dla pary białych gołębi, wtykanych mu do rąk przez garbusa o siwej brodzie, przekupień skaczący jak piłka, zaniepokojony wzmożonym ożywieniem konkurentów, stopniowo, lecz pośpiesznie obniżał cenę swoich synogarlic, aż wreszcie, wyczerpany nieustępliwością Josefa, z bólem zgodził się na cenę ustaloną przez męża sprawiedliwego.

Josef kupił synogarlice, wziął na ręce Niemowlę i poszedł wraz z Miriam na Dziedziniec Niewiast. Tutaj niewiasta stanęła twarzą do Świętego Świętych i trzymając skrzydlatą parę, zwróconą łebkami ku drzwiom Świątyni, zmawiała po cichu modlitwę, po czym zbliżywszy się do kapłana podała mu ofiarne ptaki. Położyła na nich dłonie, a kapłan, pobłogosławiwszy niewiastę, udał się do Ołtarza Całopalenia i podczas gdy składał ofiarę z jej synogarlic i ich krwią skrapiał rogi i ściany Ołtarza, dusza Miriam tęskniła i wyrywała się do progów Elohim, a jej serce i ciało wznosiły się do Boga Żywego. Wiedziała, że powinna teraz zmówić psalm na chwałę miłych przybytków Pana Zastępów, i rzeczywiście, pochyliwszy głowę, w milczeniu zmawiała jego złote słowa o szczęśliwych ludziach, którzy mieszkając w domu Bożym czerpią siłę z Niewidzialnego i idąc przez bezwodną dolinę zamieniają ją w ziemię źródeł, ale pogrążona w zachwyceniu poczęła w wątek Dawidowych wersetów wplatać własne słowa i porównania, a wówczas z korzenia królewskiego psalmu wyrosła jej samodzielna, dziewczęco-matczyna modlitwa, jedyna i osobliwa. To wszystko uświadomiła sobie dopiero, gdy ujrzała przed sobą kapłana trzymającego na rękach jej Niemowlę. Zmieszana swoją pobożną opieszałością chciała powrócić do słów Dawidowego psalmu i zmówić jego końcowy werset o szczęśliwym człowieku, który ufa Panu, ale już było za późno, albowiem usłyszała nad sobą głos kapłana:

— Czy to jest twój syn pierworodny, niewiasto?
— Tak — odpowiedziała Miriam, myślami wciąż jeszcze obecna w swym niewinnym zmieszaniu.
— Moja żona, córka Izraela, urodziła syna pierworodnego, którego ci teraz oddaję — powiedział Josef.
— Czy pragniesz zachować dla siebie syna, czy pięć sykli, Josefie ben Jaakow, które według swej woli możesz mi wręczyć w zamian za dziecko? — spytał kapłan.
— Syna pragnę dla siebie zachować. Weź w zamian pięć sykli, kapłanie — odparł Josef i wręczył mu pieniądze.

 Kapłan podniósł dłonie i zaintonował:
— Błogosławiony niech będzie Bóg Abrahama, Jicchaka i Jaakowa, Pan Wszechświata, który nakazał wykup synów pierworodnych.
Po czym wykonał podniesionymi rękami ruch, jakby w swoje dłonie zgarniał całe niebo, i dotknąwszy główki Niemowlęcia, zaśpiewał:
— Błogosławiony niech będzie syn pierworodny i niechaj służy Panu w kole sprawiedliwych. Niechaj Bóg Izraela opiekuje się tym dzieckiem i niechaj ono żyje na chwałę mądrości i dobrych uczynków. Amen.
— Amen — powtórzyli Miriam i Josef.

Właśnie starzec Symeon po złożeniu ofiary zstępował po schodach wiodących z Bramy Nikanora i już zamierzał skręcić ku Złotej Bramie, gdy wtem przystanął i obejrzał się, gdyż mu się zdawało, że ktoś dotknął jego ramienia. Stwierdziwszy, że było to tylko przywidzenie, postanowił iść dalej, ale znów poczuł to samo dotknięcie, tym razem już zupełnie wyraźnie. Obejrzał się. Za nim szli mąż i niewiasta z Dzieckiem na ręku w odległości kilkunastu kroków, więc nie było możliwe, aby ów mąż mógł dłonią dosięgnąć jego ramienia. Symeon wiedział jednak, że pomiędzy nim a nimi było jeszcze powietrze, a przestrzeń ta mogła być zaludniona niezliczoną ilością dobrych i złych aniołów, które bardzo często dają znać człowiekowi o swoim istnieniu za pomocą niewidzialnych dotknięć i muśnięć, łagodnych i lekkich, jeżeli pochodzą od duchów jasnych i czystych, ale palących i brutalnych szarpnięć, jeżeli pochodzą od żywiołów złych i ciemnych. Ponieważ Symeon nie wątpił o charakterze owego dotknięcia, które było lekkie jak uderzenie ptaszęcych skrzydeł, przystanął i przyglądał się bacznie mężowi i niewieście z Niemowlęciem na rękach. Wprawdzie na pierwsze wejrzenie nie różnili się oni niczym od innych ojców i matek, przybyłych z niemowlętami do Świątyni Pańskiej, ale mimo to wygląd ich przykuł uwagę starca. Gdy go mijali, podszedł do nich, pozdrowił ich słowem pokoju i spojrzawszy na Niemowlę, niespodziewanie poczuł, jak Ono — Symeon nie umiał tego inaczej określić — wstępuje w niego swoją prawieczną mądrością, ale wbrew duchowemu uniesieniu, w jakim się teraz znajdował, nie mógł w swoim ludzkim umyśle pogodzić dwóch nawzajem wyłączających się sprzeczności: Niemowlęcia i prawiecznej mądrości. Ale na przekór logice poddał się całkowicie niewidzialnemu światłu bijącemu od Dziecka i działając jak we śnie, wziął Je z rąk zdumionej matki i wówczas uświadomił sobie, że wreszcie wypełnił się cel jego życia. Zobaczył niebo zstępujące na ziemię i ziemię szczęśliwą, która sama rodzi owoce, i stąpających po niej ludzi, którzy nigdy nie doznają śmierci. Uwierzył całym swoim jestestwem, że tak będzie i że Niemowlę, które trzyma teraz na rękach, jest Przyczyną i Celem tej wielkiej przemiany.

Uniesiony natchnieniem wielbił Boga:
— Oto będę już mógł umrzeć w spokoju, o Elohim — szeptał — albowiem moje stare oczy ujrzały zbawienie Twoje, które przygotowałeś dla wszystkich narodów, ujrzały światłość na chwałę ludu Twojego, Izraela, i światłość na oświecenie pogan.
I zaledwie skończył te słowa, on, biedny, zmęczony starzec, zrównany został z prorokami, gdyż doznał osobliwej łaski widzenia całego życia Niemowlęcia, odpływu zła i przypływu dobra, i miecza przeszywającego duszę matczyną. Oddał Niemowlę niewieście i wyciągnąwszy trzęsące się ze wzruszenia ręce nad głowami jej i Josefa, błogosławił im, a potem rzekł do matki:
— Syn twój przeznaczony jest na to, by stać się przyczyną upadku i powstania wielu ludzi w Izraelu, i będzie znakiem, któremu będą się sprzeciwiać. A duszę twoją przeszyje miecz. Tym sposobem wyjdą na jaw zamiary wielu serc...

I poszedł, aby spokojnie umrzeć.

— Co on powiedział? — spytała Miriam. — Będzie znakiem, któremu będą się sprzeciwiać? Duszę moją przeszyje miecz? Dlaczego będą Mu się sprzeciwiać? Dlaczego duszę moją przeszyje miecz?

Szła przed siebie ku Złotej Bramie i jak przez mgłę widziała jakąś staruszkę, zgrzybiałą i kościstą, która chwaliła Boga i opowiadała o jakimś Dziecięciu mającym zbawić Jerozolimę, i słuchając jej oderwanych i nieskładnych słów nie rozumiała, o jakim Dziecięciu staruszka prorokuje i o jakim zbawieniu mówi, i tylko pragnęła jak najszybciej wydostać się z tego miasta, spod czarnej i złowróżbnej chmury dostojnego starca, który wprawdzie coś mówił o światłości Izraela i pogan, ale jej świadomość, natrętnie uczepiona wizji miecza przebijającego jej serce, wciąż wracała do tego obrazu i nie wiadomo dlaczego łączyła ten obraz z obrazem Świątyni, kapłanów, Jerozolimy i jej wąskich i krzykliwych uliczek. Poczuła trwogę przed tym miastem.

— Jedźmy już, jedźmy, panie mój — szepnęła do Josefa.

Przy Złotej Bramie dosiadła osła, mocno przycisnęła Dziecko do piersi i otuliła je opończą. Ruszyli w drogę powrotną. Gdy wyjechali za miasto i mijali stok góry o dziwnym kształcie, pokryty ogrodami, Miriam odchyliła opończę i z lękiem spojrzała na Niemowlę. Ale Jezus spał spokojnie.
— Śpi? — spytał Josef.
— Śpi — odrzekła z ulgą Miriam.
Przed nimi ciągnęła się prosta droga do Bethlehem. Słońce stało jeszcze wysoko. W powietrzu pachniało świeżą ziemią. Gdy ujechali kawał drogi, a poza nimi pozostały już daleko mury Jerozolimy i błogosławiony, lecz złowrogi cień Symeona, Josef zatrzymał osła, wyjął z worka placek i podając go niewieście, rzekł:
— Niechaj żona moja, Miriam, posili się, albowiem nic od rana nie jadła.

 

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

  1. Jeszua
  2. Pasterze
  3. Betlehem
  4. Piątkowy wieczór

Strona 1 z 3

  • 1
  • 2
  • 3
© 2026 Grupa Uwielbienia Bożego Miłosierdzia. Wszystkie prawa zastrzeżone.
GUBM GUBM
  • Start
  • Aktualności
    • Wydarzenia
    • Nadchodzące spotkania
    • Archiwum aktualności
  • O Nas
    • Historia
  • Media
    • Konferencje
    • Śpiewnik
  • Świadkowie Miłosierdzia
  • Czytelnia
    • Dzienniczek
    • Egzegeza środowa
    • Boże Narodzenie
    • Pasja wg Brandstaettera
    • Teologia biblijna
    • Szkółka
    • Rozważania na dziś (archiw.)
  • Kontakt