GUBM GUBM
  • Start
  • Aktualności
    • Wydarzenia
    • Nadchodzące spotkania
    • Archiwum aktualności
  • O Nas
    • Historia
  • Media
    • Konferencje
    • Śpiewnik
  • Świadkowie Miłosierdzia
  • Czytelnia
    • Dzienniczek
    • Egzegeza środowa
    • Boże Narodzenie
    • Pasja wg Brandstaettera
    • Teologia biblijna
    • Szkółka
    • Rozważania na dziś (archiw.)
  • Kontakt

Wniebowstąpienie

Admin Pasja wg Brandstaettera 02 maj 2020

Było południe.
Natychmiast po przybyciu do Jerozolimy, mimo zmęczenia długą drogą, udali się wraz z Miriam na stok Góry Oliwnej, usiedli na ziemi i czekali na przybycie Jezusa. Gdy ich żegnał nad jeziorem Kinereth i polecił im udać się do Jerozolimy, głos Jego brzmiał rzewnie i łatwo można było w nim wyczytać zapowiedź jakiegoś niezwykłego zdarzenia. Przewidujący Johanan ben Zebadia zabrał z sobą Miriam do Świętego Miasta.

Podczas gdy jedni wypatrywali Jezusa z północy, drudzy ze wschodu, a inni od południa, znienacka zjawił się wśród apostołów, ale nie przyszedł do nich żadną z tych dróg, właściwie nie przyszedł żadną drogą, co wzbudziło w nich pokrzepiające podejrzenie, że od wyjścia z Galilei stale był z nimi i tylko dla ich oczu był niewidoczny. Przywitali Go już bez trwogi. Tak się przyzwyczaili do Jego nagłych objawień i przywykli do Jego niezapowiadanych odwiedzin, że gdy przez kilka godzin był przy nich nieobecny, niecierpliwie Go wyglądali dla miłości, którą Go kochali, i dla własnej wygody, do czego się z niejakim wstydem przyznawali w pokorze zakłopotanego ducha. Nie istnieje całkowite szczęście. Obudziła się w nich obawa przed samotnością, która ich ogarnie, gdy Jezus pewnego dnia pożegna się z nimi i odejdzie, i więcej się nie zjawi. Wprawdzie przyrzekł uroczystym przyrzeczeniem, że będzie z nimi aż do końca świata, mimo to przewidywali trudności czekające na nich po odejściu Jezusa, który na pewno trwać będzie przy nich, ale będzie to trwanie zmuszające ich do czujności, a wiadomo, czym jest prawdziwa czujność: nieprzerwanym czuwaniem we dnie i nocy, bez zmrużenia powiek, bez wypoczynku. Kto tak potrafi czuwać? Niektórzy z nich już raz dali dowód nieumiejętności czuwania. Będą skazani na samodzielność myślenia, działania i na nieustanne dokonywanie wyboru, na odgadywanie myśli Jezusa, Jego rozkazów, na odczytywanie Jego znaków, Jego niedomówień — pamiętali, jak ich kiedyś rozesłał po Galilei i jak marne były owoce ich samotnej pracy! — a przede wszystkim staną wobec konieczności rozróżniania Jego głosu od głosu własnych życzeń i od podszeptu Pełzającego, który rozmiłował się w naśladowaniu głosu Pana, a tę sztukę doprowadził do przerażającej doskonałości.

Jezus wyraził chęć spożycia wspólnego posiłku. Usiedli na ziemi i jedli chleb, suszone ryby, cebulę i ser, a gdy zaspokoili głód, rozmawiali z Rabbim, a im dłużej rozmawiali, tym większa stawała się ich pewność, że jest to spotkanie pożegnalne, a wnioskowali to z Jego wypowiedzi, podobnych do wypowiedzi stroskanego ojca rodziny, który wybierając się w daleką podróż pragnie najbliższym pozostawić rady, wskazania, polecenia i spostrzeżenia, te najważniejsze spośród najważniejszych i najmądrzejsze spośród najmądrzejszych. Potem dla pogłębienia ich otuchy wskazał na wersety w świętych Księgach, odnoszące się do Jego męczeństwa i zmartwychwstania, wezwał ich na świadków tych zdarzeń i polecił, aby w Jego imieniu głosili wszystkim ludom ziemi, zaczynając od Jerozolimy, pokutę i odpuszczenie grzechów. W tym celu dla urzeczywistnienia ich posłannictwa wkrótce ześle na nich Obietnicę obiecaną przez Ojca: zanurzy ich w Duchu Świętym, tak jak Johanan ben Zecharia, Jego Pustynny Brat, zanurzał synów człowieczych w wodach Jordanu. Niechaj zatem pozostaną w Jeruszalajim Hakodesz, aż zstąpi na nich ognista i drapieżna Moc Ducha Świętego, a wtedy uzbrojeni Jego mocą pójdą w świat i świadcząc się świadectwem świętych Ksiąg głosić będą Dobrą Nowinę wszystkim ludziom zamieszkującym ziemię. Obiecał im powtórnie, że będzie z nimi aż do końca świata. Gdy słowa te przeniknęły do wnętrz apostołów i znalazły w nich wygodne dla siebie mieszkanie, ujrzeli w sobie Jeszuę Mesjasza-Oblubieńca w otoczeniu świętych Ksiąg, które pobrzękując naszyjnikami, nakrapianymi srebrem, kolczykami i naramiennikami, ujęły się za ręce i zaśpiewały radosną pieśń. Rozpoczął się taniec świętych Ksiąg dokoła królewskiego Pomazańca. Tańczyły i śpiewały święte Księgi, piękne jak księżyc, promieniste jak słońce, groźne jak wojsko zbrojne, córki błogosławione, Księgi Początku, Wyjścia, Kapłanów, Liczb i Prawa, Psalmów i Proroków, w zachwyceniu śpiewały i tańczyły na chwałę umiłowanego Oblubieńca, jasnego i miedzianego, który góruje nad dziesięcioma tysiącami mężów, a Jego głowa jest jak szczere złoto, a włosy Jego są czarne jak kruki, Jego oczy są jak turkawki u strumienia, wykąpane w mleku i wypoczywające nad brzegiem źródła.

Jezus podniósł się z ziemi i ruszył w kierunku Bethanii, a apostołowie i Miriam szli za Nim. Chcieli Go jeszcze spytać o wiele spraw zaprzątających ich serca i umysły, chcieli zasięgnąć u Niego jeszcze wielu rad, pouczeń i wskazówek, chcieli dowiedzieć się czegoś o własnej przyszłości, ale ponieważ wydawało im się — i słusznie — że powinni teraz w tak wielkiej i niepojętej chwili zachować umiar w stawianiu pytań, poczęli w nich w pośpiechu przebierać i odrzuciwszy wszystkie, pozostawili tylko jedno jedyne, niezwykle dla nich — dla synów tej ziemi, którą umiłowali gorącą miłością — ważne i jakże często sen spędzające z ich powiek. Było to ostatnie pytanie, jakie zadali na ziemi odchodzącemu Mesjaszowi. Gdy stanęli na szczycie Góry Oliwnej, spytali Jezusa:
— Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraela?
Jezus odrzekł:
— Nie wasza sprawa znać czas i chwilę, które Ojciec ustalił swoją władzą, ale gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i całej Judei, i w Samarii, aż po krańce ziemi.

Nie chciał im wyjawić czasu przywrócenia królestwa Izraela, podobnie jak przedtem nie chciał im wyjawić czasu swojego powtórnego przyjścia na ziemię, a ponieważ przyjście jednego i drugiego czasu uzależnił od wyroków swojego Ojcowskiego Synostwa — a o powtórnym Jego przyjściu nigdy nie wątpili — uradowali się z powodu Jego odpowiedzi, którą przyjęli jako radosną zapowiedź. Odetchnęli z ulgą.

Była cisza. Wiał zachodni powiew. Góra Oliwna trzepotała srebrnym szelestem oliwnych gajów.
Jezus podniósł ręce, wyciągnął je nad głowami apostołów i Miriam i pobłogosławił ich wszystkich razem i z osobna. Symeona ben Jona pobłogosławił błogosławieństwem kamienia, Johanana i Jaakowa, synów Zebadii, błogosławieństwem gromu, Jaakowa ben Halfi błogosławieństwem Jerozolimy, Jehudę ben Halfi błogosławieństwem ostatniej pomocy, Filipa z Bethsaidy błogosławieństwem obfitego chleba, Nathanaela ben Tolmaj błogosławieństwem figowego drzewa, Theoma Niedowiarka błogosławieństwem wiary, Andraja ben Jona błogosławieństwem pierwszego powołania, Symeona Gorliwca błogosławieństwem żarliwości, Lewiego Mataja błogosławieństwem rylca piszącego, a Miriam, matkę swoją, błogosławieństwem Cienia, i pobłogosławiwszy ich wszystkich razem i z osobna, począł się z wolna oddalać.

Stali, uporczywie wpatrując się w znikające Miejsce, gdzie przed chwilą stał, i usłyszeli obok siebie podniesione głosy, zapowiadające powrót Jezusa na ziemię drogą niedocieczoną. Zapamiętali tę zapowiedź — trudno im było ustalić, z czyich wyszła ust, ale na pewno były to usta natchnione i wiarygodne, i dlatego nazwali je ustami anielskimi — albowiem domyślili się, że jest ona przeznaczona dla tych, którzy po nich przyjdą, dla późnych potomków wiary. A Jezus powoli w nich się oddalał, wznosił się wysoko, wysoko, coraz wyżej, a to oddalanie się z Miejsca było równoczesnym pozostawaniem w Miejscu, a odchodzenie było powrotem, a chociaż był już daleko, był coraz bliżej, a im był dalej, tym był bliżej, a im bardziej stawał się niewidzialny, tym więcej był cielesny i obecny, i wreszcie, wreszcie poczuli, że mogą dotknąć Jego dłoni, Jego nóg, Jego ran bez obawy o śmiertelne porażenie. I tak oddalając się, wstępował we własne Istnienie, w Byt niewidzialny i nieskończony, którym jest On sam. Jeszcze raz spojrzeli na puste Miejsce, już o bardzo niewyraźnych zarysach Pana, jeszcze raz badawczym spojrzeniem ogarnęli całą przestrzeń, a gdy stwierdzili Jego całkowitą i niewątpliwą niewidzialność, powrócili do Jerozolimy i udali się do Świątyni Pańskiej, gdzie wraz z Miriam i pobożnymi niewiastami dziękowali Elohim i błogosławili Elohim, który wzbudził w Izraelu dla zbawienia świata Mesjasza, Pierworodnego spośród umarłych, Jezusa z Nazarethu.

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera



Nie dotykaj mnie, Mariamne...

Admin Pasja wg Brandstaettera 13 kwiecień 2020

Wprawdzie Mariamne z Magdali powiedziała Kefasowi i Johananowi ben Zebadia, że idzie na Golgothę, i rzeczywiście szła na Golgothę, szła jednak wbrew ich przypuszczeniom nie do grobowca, lecz na poszukiwanie ciała Rabbiego — słowa świetlistego młodzieńca wydały się jej tak nieprawdopodobne, że zwątpiła o rzeczywistości widzenia — które według jej domysłów ktoś nocą wyniósł z jaskini i pochował w jakimś ustronnym miejscu. Po co to uczynił? — to pytanie, podobnie jak Kefas i Johanan, stawiała sobie również Mariamne i również jak oni nie znajdowała na nie rzeczowej odpowiedzi, ale podczas gdy dwom apostołom nawet nie zaświtała w głowie myśl wszczęcia poszukiwań, dzielna niewiasta — dzielna niewiasta, jak pisał król Salomon, cenniejsza jest od pereł — postanowiła natychmiast działać, a nie wiedząc, jak jej zamiar ocenią apostołowie, nikogo nie wtajemniczyła w swój plan i, wymknąwszy się cichaczem z domu, poszła na Wzgórze Trupiej Czaszki. Gdy stanęła na szczycie, stwierdziła, że nigdzie nie ma żywej duszy. Poczęła przeszukiwać jaskinie u podnóża doliny, zaglądała za złomy skalne, do jam i rozpadlin, zapuściła się między gęste zarośla, kluczyła po zarośniętych ścieżkach, zajrzała do kilku rozległych pieczar; zmęczona błądzeniem i kołowaniem po bezdrożach i wertepach, dowlokła się do grobu Rabbiego i usiadła na odwalonym głazie. Po krótkim wypoczynku postanowiła wrócić do domu, zrozumiała bowiem niedorzeczność swoich usiłowań, z góry skazanych na niepowodzenie, gdyż przeszukanie po kolei wszystkich jaskiń przerastało możliwości jednego człowieka. Wstała, pochyliła się i zajrzała do grobu. Ciemna pustka i okrutna nieobecność Jezusowego ciała znów ją poruszyły do głębi. Wraz ze zniknięciem doczesnych szczątków Rabbiego wymazane zostało całe dotychczasowe życie apostołów, niewiast i jej, a przyszłość ich wszystkich zawisła w jałowej próżni, w bezkresnym i doszczętnym nieistnieniu. Płacząc, odwróciła się i ujrzała stojącego przed nią nieznanego męża, który rzekł:
— Niewiasto, dlaczego płaczesz? Kogo szukasz?

Mariamne przyjrzała się pytającemu. Był szczupły, silnie zbudowany, wysokiego wzrostu, o czarnych oczach pod prostymi brwiami. Kąty warg nieco podniesione ku górze nadawały jego twarzy wyraz łagodnego uśmiechu i cierpliwego spokoju. W krótkiej rozwidlonej brodzie srebrzyły się siwe nitki. Odziany był w tunikę opasaną lnianym pasem, na nogach miał mocno podniszczone sandały, co świadczyło, że odbywał długie piesze wędrówki. Zdawało jej się, że jest ogrodnikiem, może pracownikiem rolnym, może winogrodnikiem, w każdym razie skojarzyła sobie jego postać z kimś, którego życie związane jest z pracą na roli, w ogrodzie, w winnicy, a było to skojarzenie nad wyraz zastanawiające i właściwie niczym nieumotywowane, gdyż zewnętrzny wygląd nieznajomego, zwłaszcza jego delikatne ręce, nie potwierdzały słuszności tych spostrzeżeń. Zresztą trudno było teraz wymagać od Mariamne ścisłości, albowiem mimo ostrej wyrazistości rysów i stroju męża cała jego postać była nieco zamglona, co prawdopodobnie brało się stąd, że stał w oślepiającym świetle słonecznym, które jak wszystko, co jest w nadmiarze, rozrzutnością raczej zaciemnia, niż rozjaśnia możliwości ludzkiego widzenia. Był na pewno synem Izraela, o czym świadczyły rysy twarzy, mowa i akcent, a przede wszystkim chwasty u tuniki, równocześnie jednak zdumiewało jego zachowanie, bo przecież żaden potomek Abrahama nie nawiązałby rozmowy z przypadkowo spotkaną niewiastą, niezależnie od tego, czy ją znał, czyjej nie znał. Mariamne była pewna, że go nigdy w życiu nie widziała ani też nie spotkała nikogo, kto byłby do niego podobny. Była w nim jakaś niepowtarzalna jedyność. Pomyślała, że może właśnie jest tym, który ukrył ciało Rabbiego — nie wiadomo, skąd się w niej wzięła ta myśl — i natychmiast uzmysłowiła sobie niedorzeczność takiego przypuszczenia. Było za późno. Słowa były szybsze od myśli. Zanim rozsądek nakazał jej powściągliwość w mówieniu, wargi przemówiły:
— Panie — powiedziała — w tym grobie pochowany był Jeszua ben Josef z Nazarethu. Dzisiaj znaleźliśmy Jego grób pusty. Jeżeli ty przeniosłeś Rabbiego, powiedz, gdzie Go położyłeś, a ja Go zabiorę.

A na to rzekł ogrodnik:
— Mariamne!
Na dźwięk swojego imienia w ustach nieznajomego niewiasta spojrzała na niego wzrokiem nieufnym i natychmiast podejrzliwa nieufność przeobraziła się w przerażenie. Zasłoniła rękami oczy. Nie wątpiła, że to, co widzi, jest urojeniem spragnionych oczu. Wyobraziła sobie, że gdy je odsłoni, niesamowite zjawisko, ośmielające się naśladować swoim głosem i wyglądem Jeszuę ben Josef, zapadnie się w otchłań szeolu. Oderwała dłonie od twarzy. Przed nią stał Rabbi z ciała, krwi i kości, ten sam, za którym od trzech lat, od chwili, gdy ją uleczył, szła krok za krokiem, ten sam, którego słyszała wygłaszającego nauki, ten sam, którego widziała łagodnego i gniewnego, grożącego i przebaczającego.

Krzyknęła:
— Rabboni!
Powolnym krokiem, ostrożnie zbliżała się do Jezusa, wpatrzona w Jego oblicze, i widziała, że jest człowiekiem, żywym człowiekiem, widziała coraz pewniej i nieomylniej, i mimo to nie mogła oprzeć się pokusie sprawdzenia tego, co widzi. Wyciągnęła rękę i wyszeptała przytwierdzająco:

— To Ty jesteś, Rabboni... Wierzę, że jesteś w swoim własnym ciele, żywy i zdrowy, chociaż nie rozumiem, jak to się mogło stać, że Ty, umarły męczeńską śmiercią na krzyżu, stoisz przede mną cielesny i żywy, jakbyś nigdy nie umarł.

Tak szeptała i z wyciągniętymi rękami zbliżała się do Jezusa, chcąc Go dotknąć dotykalnym potwierdzeniem, albowiem niepomna była niedotykalności odsłonionego Poznania, świętej niedotykalności, przestrzeganej przez Pana z tak wielką i niezawodną dokładnością, że już w Gan Eden nie tylko zabronił spożywać człowiekowi owoców z Drzewa Poznania, ale zabronił go również dotykać — powiedział wyraźnie: „Nie wolno wam go dotykać, abyście nie pomarli” — i z tych samych powodów ostrzegł Mojżesza, aby podczas zawarcia Przymierza na Synaju żaden syn Izraela nie odważył się nawet dotknąć podnóża góry, bo ten, kto dotknie góry uświęconej Świętą Niedotykalnością, ukarany będzie śmiercią, i z tych samych powodów bezlitośnie nawet pokarał śmiercią pobożnego i gorliwego Uzę, gdy ten, chcąc podeprzeć chwiejącą się Arkę Przymierza, ciągnioną przez znarowione woły, nieopatrznie dotknął jej rękami. Skąd mogła wiedzieć biedna Mariamne z Magdali, że rozmawia teraz z Bogiem, odsłonionym w Ciele wiecznym i niezniszczalnym, cielesnym cielesnością ducha, będącym równocześnie ciałem i duchem, połączeniem sił niebezpiecznych, które mogą swą Mocą w okamgnieniu spalić na popiół człowieka lekkomyślnie dotykającego ostatecznego Poznania? Mariamne więc, nieświadoma grożącego jej niebezpieczeństwa, już zamierzała palcami dotknąć szaty Jezusa, gdy nagle usłyszała ognisty Głos, płynący z głębi Głosu:
— Nie dotykaj mnie, Mariamne...

Szybko cofnęła dłoń. Chciała Go jeszcze o coś spytać, ale i słowa w porę cofnęła do swojego wnętrza, bo nagle pojęła, że dotyk słów może być równie groźny jak dotyk wyciągniętej dłoni.

Jezus, nie rozpraszając niewiedzy niewiasty ani nie wtajemniczając jej w tajemnicę Niedotykalności, dał jej do zrozumienia w kilku niezwykle oszczędnych i nader znamiennych dla Jego sposobu mówienia słowach, że gdy wstąpi do Ojca swego — co już wkrótce się stanie — który jest ich Ojcem, i do Boga swojego, który jest ich Bogiem, zjawiać się będzie ludziom nie w odsłonionym Ciele Ducha — tu położył zbawienną ciemność na domyślności niewiasty — lecz w Postaci niegroźnej dla ich życia. To powiedziawszy, kazał jej wrócić do apostołów i oznajmić im, aby udali się do Galilei, gdzie Go zobaczą, postanowił bowiem nad jeziorem Kinereth, w Domu Wody, powtórzyć świętym powtórzeniem cud wielkiego połowu ryb, znak połowu ludzi, i w miejscu swoich prac, przed obliczem otchłani wodnej, po której chodził i której śmiercionośny żywioł okiełzał, udzielić uczniom ostatnich nauk i ostatnich poleceń.
Odwrócił się i począł się oddalać, zstąpił na dno doliny, potem piął się zboczem pod górę, minął, nie zatrzymując się, trzy krzyże i zniknął za zachodnim garbem wzgórza, jak znika zachodzące słońce.
„Dokąd poszedł?” — pomyślała Mariamne.

Czuła w głowie zamęt. Widziała żywego Rabbiego. Stał obok niej w żywym ciele, mówił i rozkazywał. Jego żywe ciało, Jego żywe słowa i żywe rozkazy są dowodem, że zmartwychwstał, że rzeczywiście żyje. Co znaczy, że zmartwychwstał? Co znaczy, że żyje? Co znaczy, że żyje człowiek umarły? Co znaczy, że żyje człowiek, który umarł na jej oczach na krzyżu? Czego dowodem jest Jego zmartwychwstanie? Lęk tłumił rosnącą w niej radość. Poczęła zastanawiać się, jakim sposobem Rabbi zmartwychwstał. Przecież powiedział, że wkrótce wstąpi do swojego Ojca. Żywy wstąpi do Ojca? Jak może żywy człowiek wstąpić do Elohim? Mariamne z Magdali nic nie rozumiała. Szła przed siebie jak we śnie, powtarzając półgłosem oderwane słowa o śmierci, zmartwychwstaniu i życiu, i znów o życiu, zmartwychwstaniu i śmierci, a pojęcia te kłębiły się pod jej czaszką, łączyły się z sobą i rozpadały, umacniały się, potwierdzały wzajemnie i uzupełniały, a potem każde z osobna przerażało swoją nadzwyczajnością, a potem znów stopione razem w niepojętą całość świadczyły o sobie niezaprzeczalną prawdą. Jest żywy! Żywy! Żywy! — krzyczało wnętrze niewiasty. Jest żywy! Żywy! Żywy! — krzyczały jej usta. Przystanęła. Jak to wszystko opowie apostołom? Przecież jej nie uwierzą. Szła powoli, rozważając trudności, które napotka podczas opowiadania opornym i wątpiącym apostołom o spotkaniu z Rabbim, i nie rozumiała, dlaczego On uczynił posłańcem swoich poleceń bezbronną i słabą niewiastę, której świadectwo nie ma żadnej wartości. Po kolei odrzucała różne przypuszczenia, inne zachowywała w pamięci, potem spośród zachowanych odrzucała mniej prawdopodobne, aż wreszcie z wielkiej ilości domysłów pozostał jeden domysł, który wydał się jej najbardziej przekonujący: Rabbi uczynił niewiarygodną niewiastę swoim posłańcem, aby podnieść ją z poniżenia, a wartość jej świadectwa zrównać z wartością prawych mężów Izraela. Twarz Mariamne z Magdali rozjaśniła się, a radość wstąpiła w serce. Rabbi jest żywy żywą cielesnością! Nie ma samotności ani rozpaczy! Jest wielka nadzieja! Chwalcie Pana pod sklepieniem Jego Mocy! Chwalcie Go w niezmierzonych dziełach Jego! Chwalcie Go w pełni Jego wielkości! Śpiewajcie Panu nową pieśń, Jego chwałę w zgromadzeniu pobożnych! Niechaj Izrael raduje się swoim Stwórcą, a synowie Syjonu niech się weselą swoim Królem!

Szła przez rojne miasto, śpiewała i pląsała, a przechodnie przystawali i litowali się nad szaleństwem nieszczęśliwej dziewczyny, albowiem nie wiedzieli, że jest ona najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

 

Pusty grób

Admin Pasja wg Brandstaettera 12 kwiecień 2020

Było już jasno, gdy niewiasty, smucąc się i rozpamiętując męczeńską śmierć Rabbiego, zdążały pod górę, aby uczcić Jego grób i po raz ostatni uwielbić doczesne szczątki Człowieka, u którego boku przez trzy lata kształtowały swoje dusze i spełniały z oddaniem i wiernością służebne posługi. Udając się do grobu, miały pierwotnie zamiar prosić kilku apostołów, aby im towarzyszyli w żałobnej drodze i usunęli kamień zamykający wejście do jaskini, ale bystra Salonie po namyśle wytłumaczyła niewiastom, że nie powinny wystawiać na próbę mężów, w których duch osłabł, a przezorność wzięła górę nad rozwagą. Czy miały prosić po to, aby im odmówili? Po co ich narażać na jeszcze większy upadek ducha? Ci, którzy w obawie o własne bezpieczeństwo uciekli i ukryli się, na pewno nadal przeżywają ten sam lęk, a ich nogi są wciąż gotowe do dalszego pierzchania. Zaniechały więc zamiaru i poszły same, i idąc kłopotały się, wiedziały bowiem, że same nie zdołają przetoczyć olbrzymiego głazu, chociaż przyzwyczajone do prac gospodarskich niejeden dźwigały ciężar, obracały żarna nosiły kosze z owocami i ugniatały bosymi stopami winną latorośl. Usunięcie grobowego kamienia było ponad ich siły. Stanęły na szczycie Golgothy. Słońce zalało Jerozolimę potopem jarzącego się światła. Trzy krzyże z oliwnego drzewa, które jeszcze wczoraj były narzędziami okrutnej męki, w słonecznym blasku dnia traciły swój groźny wyraz i przypominały trzy ptaki o szeroko rozpiętych skrzydłach, gotujących się do dalekiego odlotu.

Na dole miasto wrzało rojnym życiem. Przez Via Romana ciągnęły karawany wielbłądów, objuczone towarami, ryczały osły, szli handlarze, rzemieślnicy. Życie toczyło się swoim zwykłym, codziennym biegiem. Niewiasty, westchnąwszy nad tą gorzką i nieczułą codziennością i zgiełkiem ludzkiego życia, płynącego obojętnie utartą drogą wokół męczeńskiej góry, zeszły w dolinę i pięły się po jej przeciwległym zboczu, rozglądając się wokoło w poszukiwaniu ludzi, którzy by pomogli im usunąć głaz sprzed jaskini. Było pusto i cicho. Przystanęły. Mimo wielu słusznych zastrzeżeń postąpiły nierozważnie, nie prosząc apostołów o pomoc. Cóż mają teraz uczynić? Zawrócić? Czekać? Mariamne z Magdali spojrzała ku stokowi, przyłożyła dłoń do czoła, aby osłonić oczy przed promieniami słonecznymi i, wskazując wyciągniętym palcem na grób, krzyknęła:
— Ktoś odwalił kamień!
Niewiasty spojrzały i krzyknęły:
— Odwalono kamień!
Stały obezwładnione przerażającym odkryciem, po czym pobiegły ku grobowi i zdyszane, półżywe ze zmęczenia, stanęły przed ciemnym wejściem, obok którego leżał głaz wewnętrzną stroną zwrócony ku górze, z czego należałoby wnioskować, że jakaś ogromna moc wysadziła go z koleiny i cisnęła o ziemię. Z grobu zionęło chłodem i ciemnością. Pochyliły głowy, zajrzały do środka i ostrożnie, na palcach, jakby się bały, że nieostrożnymi ruchami mogą spowodować rumor i obudzić Rabbiego, weszły do przedsionka, i ciasno do siebie przytulone, utkwiły spojrzenia szeroko wytrzeszczonych oczu w mroku wypełniającym wnętrze grobowca. Był pusty.

Zdusiły w sobie krzyk. Patrzały na kamienną ławę, na porzucone opaski, chustę, prześcieradło, na ściany, na podłogę i znów na kamienną ławę.
— Grób jest pusty — szepnęła Mariamne z Magdali.
— Nie ma Go — szepnęła Salome.
— Co się stało z Jego ciałem? — rzeczowe pytanie Hany podziałało na nie wstrząsająco.
— Kto je zabrał? — dorzuciła Mariam, matka Jaakowa, i tym pytaniem, które wypływało z pytania Hany jak rzeka ze źródła, wprowadziła zamęt do duszy swojej i reszty niewiast.
— Tak, ktoś je zabrał — zawyrokowała Mariamne z Magdali i... zmrużyła oczy.

W drżące ze strachu niewiasty uderzył jaskrawy blask, bijący znad kamiennej ławy, płomień o olśniewającej bieli i nadzwyczajnej mocy, jeden z tych płomieni, który pali się i nigdy się nie spala, i jest zarazem płomieniem i głosem, płonącym i mówiącym.
Niewiasty padły na twarze i usłyszały Głos, który mówił:
— Nie bójcie się. Wiem, że szukacie Jeszuy z Nazarethu, Ukrzyżowanego. Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj.

Niewiasty, mimo zapewnień Głosu, że nie powinny go się bać, zdjęte przewidującym strachem, poderwały się z ziemi i uciekły, i biegnąc zboczem w dół, blade i nieprzytomne, zatrzymały się dopiero na dnie doliny i tutaj w bezpiecznej odległości od grobu poczęły zastanawiać się nad pochodzeniem, treścią i znaczeniem zasłyszanych słów. W zgodnej jednomyślności stwierdziły, że był to Głos widzący i natchniony, a ponieważ ton jego był mocny i dźwięczny, utwierdziły się w przekonaniu o jego młodzieńczej naturze i nazwały go po prostu młodzieńcem. Ale najważniejsze jest to, co powiedział. A powiedział rzecz niesłychaną! Niewiarygodną! Wykraczającą poza wszelką ludzką świadomość! Poza wszelkie wyobrażenie! Powiedział, że Rabbi żyje! Żyje! Co znaczy, że Rabbi żyje? Jak może żyć człowiek, który został ukrzyżowany i umarł — na ich oczach — na krzyżu! Stały osłupiałe, odurzone widzeniem, olśnione i zarazem wątpiące o prawdziwości tego, co widziały, i im dłużej zastanawiały się nad nadzwyczajnością zjawiska, tym silniej uzmysławiały sobie jego nieprawdopodobieństwo i upewniały się w przekonaniu o omylności swoich oczu i uszu, które widziały i słyszały to, czego nie było i co nie zostało powiedziane. A jednak widziały i słyszały, i potwierdzały to zgodnym świadectwem swoich ust. Powiedział, że Rabbi żyje! Jeżeli żyje, dlaczego się ukrywa? Im więcej stawiały sobie pytań, tym mniej odnajdywały odpowiedzi. Każda ich pewność pełna była wątpliwości, a każda wątpliwość wypierana była przez pewność. Zagubione w chaosie rozstrząsań i zmiennych sądów, doszły do przekonania, że jedynym niewątpliwym faktem jest pusty grób. Tę wiadomość postanowiły przekazać apostołom i zataić przed nimi widzenie tajemniczego młodzieńca i wypowiedziane przez niego słowa. Mąż jest mężem. Niewiasta jest tylko niewiastą. Świadectwo niewiasty nie jest świadectwem pełnowartościowym, dlatego nie może ona zeznawać i świadczyć przed sądem. Niech mężowie pójdą do grobu i wszystko sprawdzą, i zaświadczą niezawodnym sprawdzeniem i niezbitym zaświadczeniem synów praojca Adama. Skoro Pan stworzył kruchość niewiasty, a moc położył w mężach, niechaj oni utwierdzają prawdę. Elohim wiedział, co robi.

I tak postanowiwszy, szybko udały się do domu Josefa bar Nabuah, lewity.

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

 

Ukrzyżowanie i śmierć Jezusa

Admin Pasja wg Brandstaettera 11 kwiecień 2020

1

Centurion zsiadł z konia i przywiązał go do drzewa.
Chłop i dwaj skazańcy zrzucili belki na ziemię. Fenicjanin oparł drabinę o jeden z pali i wyjął z kosza gwoździe. obcęgi, młoty, siekierę, chusty biodrowe i powrozy.
Z tłumu wysunęły się dwie niewiasty jerozolimskie, należące do pobożnego zgromadzenia, opiekującego się więźniami i skazanymi na śmierć, i pokłoniwszy się centurionowi wyraziły pokorną prośbę, aby pozwolił podać skazańcom według świętej Księgi Meszalim — w Księdze tej jest napisane: „Daj mocny napój skazańcom” — wino zmieszane z mirrą, miłosierny i ulgę przynoszący napój, który oszałamia i znieczula ciało człowiecze. Gdy centurion skinął głową na znak przyzwolenia, niewiasty nieśmiało zbliżyły się do Jezusa i podały Mu kubek balsamicznego trunku. Twarz Rabbiego pokrył cień zakłopotania. Ujął kubek w obie ręce, przyłożył go do ust i, nie umoczywszy w nim warg, nagłym ruchem wręczył go stojącym obok towarzyszom śmierci. Centurion i żołnierze zaśmiali się. Pomruk zdziwienia przeszedł przez tłum, który nie rozumiał, dlaczego Jezus nie wypił znieczulającego napoju.

Żołnierze przystąpili do pracy.
Ponieważ ludzie tłoczyli się i rozpychali, a nieustannie przyłączali się do nich liczni przechodnie, idący przez Via Romana okalającą wzgórze — zwabieni niecodziennym zdarzeniem, nie mogli odmówić sobie przyjemności zatrzymania się i przeżycia mocnych wrażeń — żołnierze zepchnęli ich na bok, na odległość, która pozwalała widzom na dokładne oglądanie egzekucji, a zarazem umożliwiała wykonawcom wyroku swobodne poruszanie się po miejscu stracenia.
Fenicjanin ujął w obie dłonie zwój długich powrozów. Czekał. Centurion przenikliwym spojrzeniem wpatrywał się w skazańców, w Jezusa, w jednego i drugiego złoczyńcę, po czym w odwrotnej kolejności przenosił wzrok z jednego złoczyńcy na drugiego i znowu na Jezusa, i... nie oderwał od Niego oczu. Wskazał Go palcem i rzekł:
— Zacznijcie od niego...
Żołnierze podbiegli do Rabbiego, zdjęli zawieszoną na Jego szyi tabliczkę, błyskawicznie obnażyli Go z szat, zzuli sandały, a biodra opasali chustą.

Kazali Mu się położyć na ziemi. Leżącemu szeroko rozkrzyżowali ramiona i podłożyli pod nie patibulum, poprzeczną belkę krzyża. Fenicjanin skoczył, koniec belki i rozpłaszczoną na niej prawą dłoń z garstką zwróconą na zewnątrz ściągnął powrozem, i całe ramię szczelnie przywiązał do drzewa. To samo uczynił z lewą ręką Jezusa, a resztę powroza, potrzebnego dla późniejszych czynności, pozostawił luźno wiszącą. Teraz sięgnął po drugi powróz, umieścił go pod pachami Rabbiego i zawiązał od tyłu w ruchomą pętlę. Podał żołnierzom młoty i gwoździe. Rozległy się głuche, tępe uderzenia. Straszny ból wstrząsnął ciałem Skazańca. Zadrżały mięśnie nadmiernie rozciągniętych ramion i klatki piersiowej, która podniosła się i natychmiast opadła. Głowa przywarła do belki. Wargi rozszerzyły się i odsłoniły dwa rzędy kurczowo zaciśniętych zębów, spoza których wysączył się ledwo dosłyszalny, z nadludzkim wysiłkiem stłumiony jęk. Na szyi wystąpiły sine, nabrzmiałe żyły. Wąskie strugi krwi popłynęły z przebitych nadgarstków.
Centurion krzyknął:
— Na środkowy krzyż!

Dwaj żołnierze dźwignęli z ziemi patibulum wraz z Rabbim. Przypominali rzeźników wlokących za rogi baranka przeznaczonego na ubój. Fenicjanin chwycił koniec pętli umieszczonej pod pachami Jezusa i zgrabnie, z niezwykłą szybkością, wdrapał się po drabinie na środkowy pal. Znalazłszy się na jego szczycie, wsunął powróz w gładko wyżłobione łożysko i począł powoli i ostrożnie wciągać w górę belkę z przybitą do niej Ofiarą, podczas gdy dwaj żołnierze podtrzymywali rękami bezwładnie zwisające ciało. Gdy Rabbi zawisnął na przewidzianej wysokości, Fenicjanin silnym pchnięciem wklinował poprzeczną belkę w głębokie wycięcie w słupie, ściśle dopasowane do jej grubości, i wyciągnął powróz spod pach Skazańca. Pal i poprzeczna belka utworzyły kształt krzyża.
Dalsza praca szybko i sprawnie postępowała naprzód. Po zharmonizowanych ruchach żołnierzy i fenickiego pomocnika i błyskawicznym następstwie czynności — nie należy zapominać, że to właśnie Fenicjanie byli wynalazcami ukrzyżowania — łatwo było poznać, że są niezwykle biegli w katowskim rzemiośle. Wysoki Trak powrozem zwisającym z lewej dłoni Jezusa przywiązał Go do pala, od piersi po stopy, unieruchamiając w ten sposób tułów i nogi, lewą nogę zgiął nieco w kolanie, wskutek czego łatwiej umieścił stopę na stopie. Pomocnik w miejscu przecięcia pala i belki gwoździem umocnił wiązanie i przybił nad głową Skazańca tabliczkę z trójjęzycznym napisem. Zeskoczył na ziemię. Wytarł spocone czoło. Odsapnął. Ruchem głowy wskazał żołnierzom leżący na ziemi gwóźdź i młot. Gładko ociosaną deseczkę przyłożył do Jezusowych stóp, szczelnie przylegających do siebie. Jeden z żołnierzy przytrzymywał gwóźdź, a drugi bił w głowicę silnymi uderzeniami młota. Ostrze przebiło listwę, lewą stopę, potem prawą i utknęło głęboko w drzewie krzyża. Krew trysnęła na dłonie oprawców. Wytarli je szmatami i jak robotnicy po wykonaniu ciężkiej pracy z zadowoleniem spojrzeli na przybitą do krzyża Ofiarę. Fenicjanin przeciął powrozy opasujące ramiona, tułów i nogi. Jezus zawisł na gwoździach. Pozostał na łasce napiętych do ostateczności mięśni i ścięgien.
Potem żołnierze ukrzyżowali dwóch złoczyńców. Mieli nie lada robotę, bo skazańcy, chłopi o potężnej budowie, klnąc i złorzecząc, rzucali się, zrywali powrozy, kopali, gryźli i dopiero pod ciosami pięści, zmordowani i zbici, półprzytomni, ulegli przemocy. Zmęczeni żołnierze i centurion, który pomagał w kiełzaniu szalejących obrzezańców, zdjęli hełmy i usiedli na ziemi. Pili chciwie poskę.

2

Ogień kłębi się pod czaszką, usta są jak spalona pustynia, piersi pękają z braku powietrza, w gardle dławi pragnienie. Ciało unosi się i całym ciężarem opiera się bądź na gwoździu w stopach, bądź na sedile, na drewnianej, zwodniczej podpórce — umieszczonej na wysokości dolnego kręgu krzyżowego — a potem opada i znów się podnosi, i znów opada, dzięki czemu stygnąca krew żywiej krąży w żyłach, a piersi przez chwilę lżej oddychają. Tylko przez chwilę. I znów rozpoczyna się to falowanie zamierającego ciała, raz w górę, raz na dół, raz w górę, raz na dół. Ale podczas gdy gwóźdź w przebitych stopach urasta do rozmiarów błogosławionego podnóżka, podpierającego wiszące ciało, rozpostarte szeroko ramiona uniemożliwiają oddychanie i przy lada poruszeniu powodują okrutny ból w przebitych nadgarstkach, który wwierca się w mózg, przeszywa stos pacierzowy, szarpie trzewiami. Byle nie drgąć! Byle wisieć w doskonałym znieruchomieniu! Byle znaleźć jakiś punkt obojętnej równowagi między rozciągniętymi ramionami, zdradziecką podpórką a gwoździem tkwiącym w stopach! Byle wrosnąć w krzyż i stanowić z nim jedną niepodzielną całość! Czuje w gardle dławiący ucisk. Z otwartych ust wydobywają się strzępy świszczącego oddechu. Dusi się. Próbuje się wyprężyć. Spod gwoździa w stopach sączy się kilka kropel krwi. Piersi unoszą się, pod napiętą skórą zarysowuje się wypukłe sklepienie żeber. Wciąga powietrze. Odetchnął i wyczerpany ulgą, która ogarnia Go miłosierną drętwotą, opuszcza głowę na piersi. Znów widzi rogatego, umęczonego Elohim, swoją bezlitosną, wszechmiłującą i samowyniszczającą się Tożsamość, która włożywszy na siebie winy i grzechy wszystkich synów człowieczych, ich przestępstwa i zbrodnie, nieprawość i ciemność, bezwstyd i nieczystość, biegnie w podskokach na pustynię do ziemi jałowej, aby sobie samej złożyć ofiarę z samej siebie i w ten sposób uwolnić człowieka od przekleństwa, oczyścić go, podnieść i uświęcić. Modli się za ludzi, których grzechy na sobie dźwiga. Modli się za swoich wrogów, za Kajafę, Hanana, Hananidów, Judę z Kerijoth, za Heroda Antypasa, za rzymskiego prokuratora, za faryzeuszów, saduceuszów, sanhedrytów, fałszywych kapłanów, którzy wydali Go w ręce oprawców, za sługę, który Go uderzył w policzek, za żołnierzy, którzy Go ubiczowali, za żołnierzy, którzy Go ukrzyżowali, za motłoch, który wołał przeciw Niemu, za synów Izraela i za wszystkie ludy ziemi, za tych, którzy są, którzy ongi byli i którzy kiedyś będą, za tych, którzy dzisiaj nie wiedzą, co czynią, i za tych, którzy w przyszłości nie będą wiedzieli, co uczynili, za faryzeuszów, saduceuszów, sanhedrytów wszystkich czasów i wszystkich narodów i plemion. Za wszystkich. Za wszystkich. Za wszystkich.
Podnosi głowę — ludzie ośmieleni zmęczeniem żołnierzy, popijających poskę i posilających się suszonymi daktylami, zbliżyli się do krzyża — i widzi ciemne rozlewisko bez kształtu i treści. Mrugając powiekami, sklejonymi potem i krwią, zdołał na tyle strząsnąć z nich dokuczliwe zamglenie, że odróżnia postacie i twarze. Widzi matkę swoją i stojącego obok niej Johanana ben Zebadia, galilejskie i jerozolimskie niewiasty, i wodząc wzrokiem po garstce kapłanów, saduceuszów, faryzeuszów i uczonych, śledzących z uwagą Jego męczeńskie bojowanie ze śmiercią, błaga swoje Synowskie Ojcostwo, Pana o twarzy Ojca i Syna, aby przebaczył winę ludziom ślepym i głuchym, żyjącym w zamroczeniu i niewiedzy, w zamąconych wyobrażeniach o obiecanym raju, utraconym w dniu nieszczęsnej przygody z Drzewem. Przygotowani na powrót Drzewa-Człowieka, gdy wreszcie żywymi oczami widzą przed sobą wyśnione Drzewo, na przekór prawspomnieniom nie poznają Go i czynią z Niego znak hańby i przekleństwa, szubienicę. Unosi się nieco, opierając ciężar ciała na gwoździu w stopach — ból w przebitach nadgarstkach promieniuje teraz na całą klatkę piersiową — i z trudem oddycha. Język jest suchy jak wiór. Na spuchniętych wargach tworzy się skorupa z potu, zmieszanego z krwią. Zdrętwiały język, spieczone wargi i zaschnięte gardło nie mogą ukształtować dźwięku. Usta wypełnione gęstą mazią słów bezgłośnie otwierają się i zamykają. Wreszcie zdołał przełknąć odrobinę śliny, lepkiej i słonej, i wtedy, nie odrywając oczu od swoich nieprzyjaciół, szepce cichym, błagalnym głosem:
— Abba, odpuść im, albowiem nie wiedzą, co czynią...
Głowa opadła na piersi.

3

Żołnierze poruszyli się. Przeciągali się i ziewali.
Dowódca przeszedł wzdłuż krzyżów, przed każdym przystawał i przyglądał się skazańcom. Wrócił do żołnierzy. Spojrzał w niebo.
— Wiszą już chyba godzinę.
— Tak, centurionie.
— Ten w środku ledwo oddycha. Tamci dwaj to twarde ryby.
— Będą wisieć przez noc — rzekł jeden z żołnierzy.
— Albo i dłużej.

— Nie — wtrącił centurion — dobijemy ich przed zachodem słońca. Taki jest rozkaz prokuratora. Przeklęty upał. Macie jeszcze trochę poski?
— Mamy, centurionie.
Podali mu dzban. Chciwie pociągnął kilka łyków. Odstawiając naczynie, wskazał głową na leżące na ziemi szaty Jezusa i rzekł:
— Podzielcie się. Sprzedacie je na amulety.
— Słyszałem, że Judejczycy bardzo cenią gwoździe po ukrzyżowanych, bo przynoszą szczęście i chronią przed chorobami.
— Tak. Taki gwóźdź wolno im nosić przy sobie nawet w Szabat.

— Ho... ho... — zawołali z podziwem — nawet w Szabat!
Gruby, przysadzisty żołnierz przyniósł suknie Jezusa i rozkładając je, po kolei ze znawstwem oceniał ich jakość jak zawodowy handlarz starzyzną, po czym sprawiedliwie podzielili się spodnim odzieniem, płaszczem, sandałami i pasem, a o całodzianą wełnianą tunikę, jedyną, która miała jakąś wartość, rzucali kostki. Wygrał ją przysadzisty żołnierz.
Burza piaskowa przybierała na sile. Rozpalone niebo zionęło płomieniami i było jak odwrócony do góry dnem kocioł, z którego wylewały się na ziemię strumienie kipiącego ołowiu. Wiatr zawył, podniósł w górę płachtę piachu i cisnął nią o ziemię. Jeszcze przez chwilę wił się jak gad rozgnieciony stopą olbrzyma, zanim ucichł, ustępując miejsca następnemu podmuchowi, który z jeszcze większą siłą chłostał ludzi, drzewa i zarośla.
Żołnierze usiedli na ziemi i patrzyli z nieukrywaną złością na nieruchome i wciąż jeszcze krótkie cienie padające od krzyżów.

 

4

 

Wysoko na niebie pojawia się sęp. Obniża lot, krąży nad wzgórzem, odlatuje i znika w oślepiającym błękicie. Na Via Romana ujadają psy.
Jezus zamyka oczy. Głowa Jego pęka od bólu i żaru. Wdechy i wydechy stają się coraz uciążliwsze. Drętwienie ramion przenosi się do płuc, z płuc do nasady tchawicy, która zwęża się, zwęża... Powieki jak dwie napięte zasłony z trudem powstrzymują napór oczu, wychodzących z oczodołów. Dusi się. Znów próbuje oprzeć się na błogosławionym gwoździu, tkwiącym w stopach. Oddycha głęboko. Słyszy dalekie wołania. Niech wołają. Niech Pan nie zamknie wołających ust ani nie stawia przed nimi swojej straży. Niech wołają, jak długo mają wołać, bo ich wołanie jest cząstką Jego udręki. Obietnica musi się wypełnić we wszystkich szczegółach. Te usta wołały, zanim jeszcze były ustami, wołały z ksiąg, zanim jeszcze księgi były księgami, wołały z głębi zapisów, kształtujących się z mgławic i mlecznych dróg, z zawrotnych przepaści zawieszonych nad przepaściami, z harmonijnej prawidłowości, zanim jeszcze była prawidłowością. Ich wołania bolały Go wtedy, gdy wychodziły z pra-ust, z pra-ksiąg i z pra-zapisów, i bolą Go teraz tą samą boleścią, gdy wyrzucają je usta stojących pod krzyżem nienawistników:
— Ty, co rozwalasz Świątynię Pańską i w trzy dni ją odbudowujesz, zstąp z krzyża i ratuj samego siebie!
— Innych ocaliłeś, a siebie samego ocalić nie umiesz?!
— Ocal się, jeżeli jesteś Mesjaszem!
— Mesjasz!
— Król judejski!
— Zstąp z krzyża, abyśmy widzieli i uwierzyli!
— Zaufałeś Bogu, niechaj zatem Bóg cię uwolni, jeżeli cię miłuje!
— Przecież mówiłeś, że jesteś Synem Bożym!
— Ocal samego siebie, królu Judejczyków!
Z wysokości lewego krzyża słyszy chrapliwy, urywany głos, który przyłączył się do chóru szyderców:
— Jeżeli jesteś Mesjaszem... wybaw siebie... i nas... Na co czekasz?
A z wysokości prawego krzyża odpowiada żałosny jęk:
— Tę samą karę... ponosisz... Elohim się nie boisz... Cierpimy zasłużenie... a Ten jest niewinny...
Jeszuo…

Jezus usłyszał swoje imię. Mocując się z coraz bardziej wzmagającym się wyczerpaniem, podnosi powieki i wytęża słuch.
— Jeszuo... ben Josef... przypomnij sobie o mnie... gdy wejdziesz do Królestwa Bożego...
Ten łotr jest teraz jedynym człowiekiem na ziemi, który głośno żebrze u Niego o łaskę. Nikt Go o nic nie prosi. Czy można o coś prosić nędzarza konającego na haniebnym krzyżu? Spomiędzy Jego tężejących warg sączą się słowa, przyrzeczenie, a zarazem dowód wdzięczności za ten jedyny głos głośno wołający do Niego z wysokości krzyża, z wywyższonego sąsiedztwa:
— Będziesz ze mną... w raju... dzisiaj...
Spogląda w niebo. Słońce stoi już za Jego plecami.

5

Nie może oddychać. Rzęzi. Pomyślał, że nastał już czas pożegnania. Odszukał wzrokiem matkę. Stoi tam, gdzie przedtem, z twarzą ukrytą w dłoniach. Otwiera usta i wzywa ją tym samym słowem, którym ongi zwrócił się do niej w Kanie Galilejskicj, w godzinie swojego pierwszego cudu, gdy była źródłem początku, rodzącym i pomnażającym cielesny i duchowy ład świata. Nie chce jej pozostawić samotnej. Po Jego śmierci rodzina w obawie przed prześladowaniami ze strony Hananidów i kapłanów będzie na pewno zmuszona wyprzeć się matki Przeklętego i Powieszonego i pozostawi ją na łasce losu. Zresztą większość krewnych okazywała Mu zawsze jawną niechęć. Dlatego postanowił powierzyć ją opiece umiłowanego ucznia, który kiedyś w przyszłości uwielbi ją w swoim groźnym i pochmurnym widzeniu i wyniesie ją, słoneczno-księżycową małżonkę Jahwe, nad wszelką zmienność i płynność, oblecze ją w słońce, w znak Abrahamowych, Jicchakowych i Jaakowowych pasterzy, koczujących i wybranych, a płodny i nieustannie odnawiający się księżyc uczyni jej podnóżkiem, a głowę ozdobi dwunastogwiezdnym wieńcem, a ona, oblubienica wód, trwać będzie nad wszelkimi wodami, które na jej prośbę ocienił swoimi rękami i przemienił w wino, w owoc szczepu Izraela. Wina nie mają, Synu... Wina nie mają, Synu... Wina nie mają. Synu...
Wyszeptał:
— Niewiasto...
Miriam odejmuje dłonie od twarzy i patrzy ze zgrozą na Syna.
Jezus oczami wskazuje na Johanana ben Zebadia:
— To syn twój...
Nie odrywając oczu od ucznia, z wysiłkiem wykonuje ruch głową w kierunku Miriam:
— To matka twoja...
Wyje wichura. Olbrzymia piaskowa kurzawa skręca się w powietrzu, wiruje, podrywa się i uderza w szczyt wzgórza. Szarpie szatami, gałęziami, zaroślami, skłębia się w drzewach, wali o krzyże, zrywa z głów płócienne okrycia i, dzierżąc je silnie w kurczowo zaciśniętym pysku, wali nimi zaciekle o ziemię. Ludzie nakrywają płaszczami głowy, zaciskają oczy i usta, chronią się za wykroty skalne. Znienacka zalega cisza. W głębi zamglonego widnokręgu, wypełnionego ognistym pyłem, rozlega się dalekie, wściekłe ujadanie, które zbliża się, zbliża... Dmą ostre, urywane porywy wichru, krótkie, długie, krótkie, długie, i skowycząc rzucają się na przerażoną ziemię, z której podnoszą się płowe: chmury kurzu, powłóczyste i pękate, przeźroczyste i gęste, i powoli płyną ku niebu, przypominającemu teraz zetlały, rozsypujący się łachman. Ściemnia się. Słońce, pokryte mętnym bielmem, nasycając się żółto-purpurowym blaskiem, rozlewa się ropiejącą kałużą po zwęglonym niebie.

Niektórzy spośród czekających na wzgórzu, zatrwożeni niezwykłością zjawiska — takiej burzy piaskowej najstarsi nic pamiętali — oślepieni piachem, z pochylonymi głowami, zakrywając połami płaszczy oczy i usta przed podmuchami wichru, szybko zbiegli ze wzgórza. Mieli już dość krwawego widowiska i skowyczącego żywiołu. Na co będą czekać? Bóg wie, kiedy ten zwodziciel skona na krzyżu. Uważali, że uczynią rozsądnie, jeżeli jak najszybciej znajdą się w szczelnie i ciasno zabudowanym mieście, gdzie szaleństwo wichru, stłumione murami i domami, jest mniej dokuczliwe. Spieszyli się. Już za kilka godzin lewici zadmą w szofary w Świątyni i rozpocznie się Pesach. Biegli szybko, coraz szybciej, w mroku wciąż przybierającej burzy, a za każdym krokiem rosło ich przerażenie, bo zrozumieli, że Jahwe o twarzy z wichru i ognia rozpętał nad nimi żywioły, dając upust swojemu gniewowi zJpowodu karygodnej opieszałości niewdzięczników, którzy, zamiast troszczyć się o uroczyste oblicze święta, przez kilka cennych godzin dawali upust bezmyślnej rozrywce.

6

Ciała trzech nagich skazańców, smagane wichrem błyszczą przeraźliwą bielą w rozżarzonym mroku dnia.
Jezus dusi się. Piaskowa burza i sztywniejące mięśnie zapierają Mu dech w krtani. Wycieńczony do ostateczności nie ma już sił opierać ciężaru ciała na przybitych stopach. Wszystkie Jego mięśnie i ścięgna ogarnia bezwład. Zaprzestał nierównej walki ze wzmagającym się wyczerpaniem, a chociaż jeszcze od czasu do czasu próbuje wyprostować zwiotczałe nogi, czyni to odruchowo, bez udziału woli, która wymęczona wielogodzinną walką poddaje się posłusznie prawu zbliżającego się konania. Jest sam na sam z Aniołem Śmierci. Opuszczony przez wszystkich, opuścił teraz samego siebie — wreszcie przyszła ta chwila, której tak bardzo się lękał! — oddalił się od siebie, skazał się na ostateczną samotność i zamknął ją w rozpaczliwym pytaniu psalmisty. Pokonując opór już odrętwiałego karku, podnosi głowę ku niebu, otwiera usta i mówi:
— Eli, Eli, lama azawtani?... Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?
Ponieważ nie ma już sił, aby głośno zmówić cały psalm, zmawia go w swoim wnętrzu ustami bezmownymi i w każdym słowie przeżywa jeszcze raz całe swoje ziemskie życie — wewnętrznym słowom towarzyszą gesty wewnętrzne i wyznaje, że jest mieszkańcem prochu, robakiem, wzgardą pospólstwa i pośmiewiskiem ludzi, którzy wykrzywiają wargi i potrząsają nad Nim głowami, i drwiąc, polecają Go opiece obojętnej Obecności, otaczają Go coraz ciaśniejszym kołem — zaprawdę, stado nacierających byków, rozjuszone woły Baszanu, wściekłe psy, lwy ryczące! — a On jest jak woda rozlana na ziemi, kości Jego są jak zręby rozpadającego się domu, serce stopniało jak wosk, siły rozpękły się jak gliniane dzbany, a wyschnięty język przylgnął do podniebienia! Przebili Jego ręce i nogi, i patrzą na Niego, i gapią się, i dzielą się Jego sukniami i o suknie Jego rzucają los! Eli, Eli, lama azawtani?

Stoją w dziennych ciemnościach na wzgórzu — oprócz Miriam, Johanana ben Zebadia, niewiast i kilku zwolenników Jezusa pozostała garstka saduceuszów, faryzeuszów oraz kapłanów, którzy mieli, jak wiemy, z polecenia Kajafy stwierdzić zgon zwodziciela — i nie odrywają oczu od dogorywającej Ofiary. Nienawistnicy, usłyszawszy dochodzące do nich z wysokości krzyża słowa dobrze im znanego psalmu, korzystając z dźwiękowo do siebie podobnych imion Boga, El, i proroka Elijahu, ukuli z tego podobieństwa nader ich zdaniem — dowcipną grę słów i poczęli drwiąco wołać:
— Wzywa proroka Elijahu, swojego zwiastuna!
— Wzywa jego pomocy!
— Zobaczymy, czy Elijahu się zjawi!
— Czy mu pomoże!
Tak wołali, albowiem prorok Elijahu, wykonawca różnych obowiązków i służebnych zadań, był również wykonawcą szczególnej posługi, owego nie zwykle trudnego posłannictwa, które mu przypadło w udziale podczas składania przez Abrahama ofiary z jego jedynego syna. Otóż gdy związany Jicchak leżał na ołtarzu, a wdzięczny głos Pana pochwalił przerażonego ojca za wzruszające posłuszeństwo. Elijahu był tym posłańcem — jak głosi pradawny midrasz — który z rozkazu Pana pospiesznie sprowadził baranka, uwikłał go rogami w zaroślach i podsunął Abrahamowi jako zastępczą ofiarę za syna. I to właśnie zdarzenie przypomniało się szydercom, gdy stojąc na wzgórzu w poświacie ognistej burzy, w drwiącym oczekiwaniu czekali na zjawienie się Elijahu, który z rozkazu Pana Jeszuę ben Josef zdejmie z krzyża i przybije do niego przyprowadzonego przez siebie baranka. Naigrawali się więc i kpili, i niedbale udawali oczekiwanie i niecierpliwość, i krzycząc: — Zobaczymy, czy mu pomoże! — nie wiedzieli, że przed wiekami, na górze Moria, uwikłany rogami w zaroślach Baranek nie był zwyczajnym barankiem, ale świętym znakiem Elohim, który sam siebie niezawodnymi rękami proroka Elijahu podsunął pod wzniesiony nóż patriarchy. Już wtedy Pan tęsknił za własną śmiercią.

7

Twarz sinieje. Suche, szeroko otwarte oczy zachodzą martwym szkliwem. Tułów wygina się łukowato i całym swoim brzemieniem zawisa na rozpostartych ramionach. Kolana martwieją, a wtedy bezwładne nogi nieco się rozwierają, a stopy wykonują ledwo widoczny ruch na osi gwoździa, spod którego sączy się kropla krwi. I krzepnie.
— Pragnę — szepcze.
Jeszcze słyszy jakieś głosy, wciąż mówiące o proroku Elijahu, rozkazy, krzątaninę, stąpanie i czuje na wargach smak octu zmieszanego z wodą. Przywiera ustami do mokrej gąbki i chciwie ją ssie. Idzie ku Niemu Światło, utkane z najdoskonalszych i najczystszych dźwięków, zrodzonych z łagodnych drgań nieskończoności i bezczasu, i otacza Go ze wszystkich stron, i promieniuje siedmiobarwną harmonią chórów, harf, cytr, bębnów, fletów i cymbałów, i przepala to swoją niewidzialnością, cierpieniem radośniejszym od najdoskonalszej radości, przepala Go i wciąga, i wchłania, a On wstępując w nie, wstępuje w siebie, we własny nieprzebrany Bezmiar, w swoją radosno-cierpiącą Obecność, w oślepiający kryształ Mądrości, w sam środek skrzyżowania wszystkich promieni, w złoto-mleczną Pełnię, w DAWAR, w SŁOWO, którym zawsze był, jest i będzie, i którego nigdy nie opuszczał, chociaż teraz do niego powraca.
Wypełniwszy do końca swoje człowieczeństwo, szepcze:
— Wykonało się...
Zbiera w sobie resztkę dogasających sił i woła wielkim głosem:
— Abba, w ręce twoje oddaję ducha mego!
Skonał.

8

Skonał! — krzyknęli.

Miriam podbiegła do krzyża i objęła ramionami skrwawione stopy Syna. Centurion i żołnierze zerwali się z ziemi, lecz zanim zdążyli powstrzymać nieśmiało zbliżający się tłum, rozległ się daleki łoskot podobny do grzmotu. Poczuli pod nogami niespokojne drżenie, potem falowanie, z początku łagodne, pieszczotliwe, jakby znaleźli się w łodzi na lekko rozkołysanym jeziorze i nagle gwałtowne dygotanie wstrząsnęło górą, która chwiała się i trzęsła i, jak płaczka pogrążona w żałobnym szale, tarzała się w prochu, wydzierała sobie włosy z głowy — wichura wyrzucała w górę zmierzwione kosmyki zarośli i gałęzi — i pazurami rozdrapując swoje policzki, wyła rozdzierającym płaczem pękających skał.
Wszystko ucichło.
Pod krzyżem stała matka...

9

W tej samej chwili wewnętrzna zasłona wisząca przed Kodesz Hakodeszim w Świątyni Pańskiej, oddzielająca miejsce Elohim, Świętą Pustkę, od reszty Przybytku, rozdarła się od góry do dołu. Była to barwna i bogata zasłona, szeroka i fałdzista, tkana z hiacyntu, bisioru, karmazynu i purpury, wyobrażająca cztery żywioły, cały wszechświat i niebiosa, przetykana złotem, perłami i najszlachetniejszymi kamieniami, zaprawdę suknia godna Jahwe Cebaoth, który rozpaczając teraz nad zgonem Syna, rozdarł ją rytualnym gestem na znak żałoby, jak to było w zwyczaju synów Izraela lamentujących nad zwłokami swoich najbliższych. Ponieważ szata w pojęciach ludu nie była tylko zewnętrznym okryciem, ale stanowiła niejako nierozdzielną jedność z ludzkim ciałem — każda nagość była hańbiąca i nieprzyzwoita — rozrywanie szaty na znak żałoby było równoznaczne z samoofiarą, rozrywaniem własnego ciała na połowy. Tak rozerwał swoje ciało praojciec Jaakow na widok skrwawionego płaszcza Josefa, tak uczynił król Dawid, gdy dowiedział się o bohaterskiej śmierci na polu bitwy Saula i Jonatana, tak uczynił Elisza, bolejąc nad odejściem proroka Elijahu, i tak czynili od zamierzchłych czasów wszyscy synowie Izraela, i tak uczynił Pan, Wiekuisty, Bóg Abrahama, Jicchaka i Jaakowa, nad martwym ciałem swojego umiłowanego Syna.

 

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

 

Wyrok

Admin Pasja wg Brandstaettera 10 kwiecień 2020

1

Kazał sobie podać sok wyciśnięty z granatów. Żony swojej, która chciała z nim mówić — nie przyjął. Często w porze najbardziej nieodpowiedniej do zwierzeń zjawiała się w jego komancie i spowiadała się przed nim ze swoich snów, co na pewno i tym razem zamierzała uczynić. Ze względu na jej wrażliwość, która nieraz objawiała się w nagłych wybuchach płaczu, pobłażał jej niezrównoważonym wybrykom, teraz jednak chciał mieć całkowity spokój, potrzebny do powzięcia ważnego postanowienia. Po trzygodzinnej rozprawie nie udało mu się wyśledzić istotnych zamiarów Kajafy, a najbardziej niepokojący w tym wszystkim jest wzmagający się nacisk saduceuszów, którzy coraz wyraźniej dają mu do zrozumienia, że nie stoi na straży nietykalności majestatu cesarza. Okrzyk, który padł z tłumu: „On się podaje za Syna Bożego!”, brzmiał jak ostrzeżenie, jak groźba, jak zapowiedź donosu. Poncjusz wie, co ten okrzyk oznacza. Synem bożym, divi filius, był tylko August, który wielokrotnie w różnych oświadczeniach, w sposób bardziej lub mniej jasny, podkreślał boski charakter swojego pochodzenia i julijskiej dynastii, zatem splendor tej boskości spływał również na Tyberiusza, który wprawdzie nie życzył sobie oddawania mu czci należnej bogom, nigdy jednak nie zaprzeczył nadprzyrodzonemu pochodzeniu rodu i przybranego ojca. Zresztą należy odróżnić niechęć cesarza do odbierania czci boskiej od nieulegającego wątpliwości jego boskiego pochodzenia. Te dwie rzeczy nie wyłączały się wzajemnie. Krótko mówiąc, według powszechnie przyjętej wiary boski August był synem bożym i obowiązkiem każdego wiernego urzędnika rzymskiego, oddanego cesarzowi i jego rodowi — a za takiego wiernego sługę Poncjusz zawsze się uważał, nie licząc nader krótkiego i niezbyt fortunnego okresu, w którym sprzyjał Sejanowi — było głośne wyznanie tego niezbitego faktu i surowe ściganie każdego śmiałka przywłaszczającego sobie ten nadprzyrodzony tytuł. Głos z tłumu krzyknął, że Jeszua ben Josef uważa się za syna bożego. Ten okrzyk wstrząsnął prokuratorem, bo godził w niego osobiście, w jego stanowisko, w jego przyszłość, w jego istnienie. Przecież pod żadnym warunkiem nie wolno mu tworzyć pozorów przed chorobliwie podejrzliwym Tyberiuszem, że pobłaża na obszarze Judei komuś, kto swoim boskim pochodzeniem uważa się za równego jego ojczymowi, twórcy dynastii, cesarzowi Augustowi. Czyżby ten galilejski szaleniec żądał dla siebie czci boskiej? Czyżby odmawiał boskiego pochodzenia dynastii cesarskiej? Oburzenie ogarnęło Poncjusza. Chociaż, jak wiemy, w bogów nie wierzył, mimo to kipiał gniewem, że jakiś barbarzyńca ośmiela się przeczyć boskiemu pochodzeniu władcy imperium rzymskiego, a te dwa zwalczające się przeciwieństwa łączyły się w jego mózgu w zgodną całość, tym zgodniejszą, że siłą poruszającą jego niezwykle złożone wzruszenia była trwoga — jedno z najbardziej magicznych pojęć! — o własną przyszłość, a to uczucie skłonne jest zawsze do karkołomnych i niedorzecznych skojarzeń. Jeszua ben Josef uważa się za syna bożego! Tego oskarżenia Poncjusz nie mógł pozostawić bez odpowiedzi. Z chwilą gdy ten zarzut został wypowiedziany przy świadkach, rozprawa wkraczała na nową drogę, a sam prokurator poczuł się osobiście obarczony odpowiedzialnością już nie przed swoim sumieniem — taka odpowiedzialność byłaby fraszką — ale przed samym cesarzem za wszystkie następstwa spowodowane błędnie wydanym wyrokiem. Drobny błąd, a cały ten zbieg nagromadzonych okoliczności, intryg i podstępów można przypłacić gemońskimi schodami! Prokurator nie miał zamiaru umierać w obronie jakiegoś Galilejczyka, którego los był mu zupełnie obojętny. Prokurator chciał żyć, piąć się po drabinie urzędniczej, zbierać zaszczyty i majątek i sprawować władzę nad ludźmi, tak, sprawować władzę, bo ona tworzyła jego osobowość, a bez niej byłby niczym. Śmieciem. Droga ta była pełna niebezpieczeństw, wybojów, nagłych zakrętów i niespodziewanych przeszkód. Trzeba je było usuwać sprytem, podstępem, rozsądkiem, a w razie potrzeby gwałtem i okrucieństwem. Życie prokuratora tak się dotychczas układało, że wielokrotnie zmuszony był stosować gwałt i okrucieństwo, środki najczęściej niezgodne ze zdrowym rozsądkiem. Porobił więc w życiu mnóstwo błędów, a ponieważ zdawał sobie z nich sprawę, bał się podejmowania szybkich postanowień, bo nigdy nie wiedział, które z nich prowadzi do rozlewu krwi. Przed każdym działaniem, jakie miał podjąć, starał się obliczać na chłodno wszystkie jego skutki, dobierać środki, rozważać widoki powodzenia i niepowodzenia, po to — o, drwino! — by potem nagle dać się ponieść bezrozumnemu zaślepieniu i uczynić nieodwracalne głupstwo. Nie! Teraz nie zrobi błędu! Na pewno nie zrobi! Nie da się wciągnąć kapłanom w zasadzkę, ale również nie będzie obstawać przy uniewinnieniu Jeszuy ben Josef. Jeżeli spostrzeże, że saduceusze upierają się przy swoim i grożą mu w dalszym ciągu skargą do cesarza, przestanie dociekać przyczyny ich intryg, pójdzie na ustępstwo i rzuci im na łup Galilejczyka. Niech go sobie wezmą. Gdyby natomiast okazało się po ukrzyżowaniu, że chcą z jego wyroku ukuć przeciw niemu broń, biada im! Wszystkie poprzednie rzezie, które sprawił Judejczykom — znów odezwała się w nim nieobliczalna zajadłość — będą dziecinną zabawką w porównaniu z tym, co im zgotuje! Ale... Jeszcze zaczeka. Zobaczy, jak mocno Judejczycy napną cięciwę. A może się cofną?
Kazał wezwać do siebie Jeszuę ben Josef.

2

Odprawił strażników. Pozostał sam z Jezusem.
— Jest późno — rzekł. — Wasze święto się zbliża.
Jezus milczał.
Prokurator rozsunął zasłonę oddzielającą komnatę od perystylu, a ponieważ do wnętrza wtargnął gorący powiew, natychmiast ją zapuścił i pomyślał o przebiegłej celowości ludzkich odruchów. Odchylił bowiem kotarę tylko po to, aby naprędce zaimprowizowaną krzątaniną zyskać na czasie, potrzebnym mu do zgrabnego ułożenia pytania, na które Galilejczyk musiałby mu udzielić jasnej i wyczerpującej odpowiedzi. Pytanie powinno być zaskakujące i powinno więźniem, jeśli posiada wyobraźnię, do głębi wstrząsnąć. Ten człowiek, mimo bolesnych przeżyć, otrzymanych ciosów i wiszącej nad nim groźby śmierci, jest niezwykle spokojny. Jakby jego ciało i dusza były z nieczułego kamienia. Jakby wszystko, co się działo dokoła niego, dotykało tylko jego powierzchni, obojętnej na wszelkie wzruszenia. W tym spokoju należy uczynić, za pomocą jednego mocnego uderzenia, rozległy wyłom, przez który będzie można zajrzeć do wnętrza więźnia. Usiadł w fotelu. Nie patrząc na Jezusa, spytał:
— Skąd jesteś?
Powoli zwrócił twarz ku Jezusowi i czekał na Jego odpowiedź. Rabbi milczał i tylko wykonał ledwo widoczny ruch rękami, a ponieważ związane były powrozem, ich wymowa była nieczytelna. Rzymianin, nie wiedząc, jak ma sobie tłumaczyć ten gest, zagadnął Jezusa łagodnym głosem:
— Nie chcesz ze mną mówić? Jezus milczał.
Prokurator cedził słowo po słowie:
— Grozi ci śmierć na krzyżu. Jezus milczał.
Prokurator wpił w niego badawcze spojrzenie:
— Czy wiesz, co to jest śmierć na krzyżu? Jezus milczał.
Głos prokuratora przeszedł w szept:
— Czy widziałeś kiedyś człowieka ukrzyżowanego? Jezus milczał.
Prokurator zmrużył oczy i powiedział głosem doświadczonego znawcy śmierci:
— To jest straszna śmierć. Jezus milczał.
Prokurator pomyślał: „Ten człowiek nie posiada wyobraźni”, ale mimo to jeszcze nie dał za wygraną:

— Posłuchaj... Chyba wiesz, że mam władzę wypuścić cię na wolność...
Jezus milczał.
— Ale mam również władzę ukrzyżować cię... Jezus potrząsnął przecząco głową:
— Nie miałbyś żadnej nade mną władzy, gdyby ci ona nie była dana z góry.
— Z góry? Kogo masz na myśli? Cesarza?
— Większy grzech ma ten, który wydał mnie w twoje ręce.
— Kajafa? Jezus milczał.
— Nic więcej nie masz mi do powiedzenia? Jezus milczał.
— Nic?
Jezus patrzał przed siebie.
Prokurator nie umiał dociec, co kryje się poza tym spojrzeniem, w każdym razie niezależnie od tego, co wyrażało — smutek, spokój, oczekiwanie, cierpienie lub pogodzenie się z losem — było jasne, że wzrok tego człowieka raczej zasłania, niż odsłania, właściwe wzruszenia, wypełniające jego nieprzeniknioną duszę. To samo działo się z jego słowami. Poza nimi — wypowiadał je z niemałym oporem, a miały one charakter stanowczych i chłodnych oświadczeń — kryją się inne słowa, nabrzmiałe ogniem i wichrem. Czy w tych niewypowiedzianych słowach czai się owa prawda, o której mówił? Prawda? Jaka prawda? Co to jest prawda? Zdał sobie jasno sprawę, że w duszy więźnia nie zdoła uczynić wyłomu. Niczego z niego nie wydobędzie. Ten człowiek po prostu nie chce mówić.
Klasnął w dłonie.
— Wyprowadźcie go — rzekł do strażników, gdy stanęli w progu.
Wyszli.

Zasłona zafalowała, wydęła się i opadła.

Zbliża się rozstrzygnięcie. Jeszcze raz wystawi kapłanów na próbę, a potem wyda wyrok — przechadzał się w zamyśleniu po komnacie. — Ten człowiek zachowuje się tak, jakby pragnął śmierci. Swoim milczeniem sam siebie pogrąża. To nie do wiary. Zdumiewające. Nie broni się. Nie odpiera zarzutów. Zauważył to już na samym początku rozprawy. Sądził wówczas, że podczas dalszych przesłuchań, gdy niebezpieczeństwo wyroku śmierci stanie się coraz wyraźniejsze, oskarżony wreszcie zacznie się bronić, ujawni grę kapłanów, ich matactwa, oszustwa i kłamstwa, odsłoni ich zamiary, powody nienawiści, że pokusi się o podważenie tej kunsztownie zbudowanej piramidy oskarżeń. Więzień jednak wypowiedział zaledwie kilka mglistych zdań, a żadne z nich nie miało odciążającej wartości.

Milczeniem wykopał sobie grób, a jego wprowadził w labirynt domysłów i podejrzeń. Domysły... Podejrzenia... A może jego podejrzliwość jest nieuzasadniona? A może jednak źródłem sporu są jakieś religijne czy też osobiste porachunki między arcykapłanem a Jeszuą ben Josef? Więc dlaczego on tego nie ujawnił? Może naprawdę Kajafa nie knuje spisku przeciw prokuratorowi, tylko stara się unieszkodliwić jakiegoś niewygodnego mu wędrownego nauczyciela, który naraził się czymś Świątyni i kapłanom? Jeżeli tak, to dlaczego nie postawili Jeszuy ben Josef przed sądem Sanhedrynu i nie skazali go na śmierć przez ukamienowanie? Dlaczego tego nie zrobili? A może ten Jeszua nie jest lepszy od Kajafy, może jeden

wart drugiego, ot, dwaj przeciwnicy pokłóceni ze sobą z nieznanych mu powodów, rozdzieleni jakimś sporem rodzinnym, dwaj nienawidzący się nawzajem synowie Izraela, jeden syn Izraela godzący w drugiego syna Izraela, kamień uderzający o kamień, żelazo uderzające o żelazo, i stąd ten przeraźliwy huk, albowiem wiadomo, że największy huk powstaje wtedy, gdy bijące o siebie przedmioty zdziałane są z tego samego tworzywa. Któż wie, co kryje się pod milczeniem upartego milczka, prawdopodobnie podstępnego jak wszyscy jego rodacy!

Prokurator jest zmęczony. Ma już dość tego dziwaka, o którym jeszcze wczoraj nic nie wiedział — jakiś zamknięty w sobie, niemniej kłótliwy gwałtownik, rozwalający stragany na Dziedzińcu Pogan! — ma już dość rozprawy, widoku obrzezańców, bezskutecznych domysłów, do niczego nieprowadzących rozstrząsań! Czas skończyć rozprawę.

Wyszedł do perystylu. Fontanna rozpylała wodny pył. Spojrzał w niebo. Słońce stało już wysoko. Góry Moabu były ledwo widoczne w burzy piaskowej, szalejącej na pustyni.

3


Na lithostrotos zastał wszystkich i wszystko na właściwych miejscach: tłum u stóp schodów, na podium ustawione było krzesło kurulne, po bokach podium stali liktorzy, obok doradca prawny, sekretarz i asesorzy, naprzeciw po prawej oskarżony pod strażą, po lewej oskarżyciele. Prokurator usiadł na krześle kurulnym. Dwóch niewolników pochyliło nad nim rozłożyste wachlarze. Zwracając się do oskarżycieli rzekł:

— Jeszcze raz rozważyłem oskarżenie, przesłuchałem Jeszuę ben Josef, wniknąłem sine ira et studio w wasze i jego zeznania i po głębokim namyśle jeszcze raz powtarzam, z pełnym przekonaniem, że to, co mówię, jest słuszne i sprawiedliwe: Ten człowiek jest niewinny. Prosiliście, abym ułaskawił Bar Abbę. Przychyliłem się do waszej prośby, chociaż moim zdaniem Bar Abba powinien zawisnąć na krzyżu, a Jeszua ben Josef powinien być wypuszczony na wolność. Co zawinił oskarżony? Twierdzicie, że uważa się za króla Judei. Ten człowiek zeznał przede mną, że królestwo jego nie jest z tego świata. Więc pytam was, cóż to za król, którego panowanie rozciąga się tylko na świat pozagrobowy? Nie jestem Judejczykiem. Nie znam tajemnic waszej wiary. Powiedzcie mi, czy wasz mesjasz ma być królem żywych, czy umarłych? Jeżeli żywych, jakże mam skazać Jeszuę ben Josef na karę śmierci, skoro on uważa się za króla umarłych, a jeżeli jest królem umarłych, nie mam prawa go sądzić, bo jestem prokuratorem rzymskim i sprawuję władzę nad Judeą, nad krainą ludzi żywych, a nie nad krainą umarłych! Powiedzcie zatem wyraźnie, kim ma być wasz mesjasz!

Z tłumu padły okrzyki:
— Jakże ma być królem umarłych, skoro podburza lud Izraela!
— A Izrael jest narodem ludzi żywych!
— Nie jesteśmy ludem otchłani!
— Czy król, który nie jest królem z tego świata, zabrania płacić podatki cesarzowi?!
— Jeszua ben Josef buntuje żywych, a nie umarłych!
— Twierdzi, że jest królem Judei!
— Buntownika chcesz wypuścić na wolność?!
Kajafa postąpił kilka kroków i potrząsając pięściami krzyknął:
— Jeżeli go wypuścisz, nie jesteś przyjacielem cesarza!

Poncjusz uniósł się nieco na krześle i wbił drapieżne spojrzenie w arcykapłana.

Zrozumiał! To była groźba! Straszna groźba! Cesarz Tyberiusz nadał mu ongi na wniosek Sejana, gdy ten był u szczytu łask i sławy — tytuł amicus caesaris. Dawny zausznik Sejana jest fałszywym przyjacielem cesarza! Jego zamaskowanym wrogiem!

Prokurator zbladł. Jeszcze nie ochłonął z pierwszego wrażenia, gdy Kajafa wymierzył mu drugi cios, nie mniej bolesny i groźny:
— Ktokolwiek czyni się królem, ten sprzeciwia się cesarzowi!
Brwi prokuratora zjeżyły się, a cienkie, zaciśnięte wargi stały się nieomal niewidoczne. W Rzymie szaleją procesy przeciw dawnym zwolennikom Sejana. Spadają głowy senatorów, urzędników, patrycjuszów. Wystarczy drobne podejrzenie, cień podejrzenia, wystarczy westchnienie przy wypowiadaniu imienia tego czy owego skazańca, a sądy rzymskie z rozkazu obłąkanego Tyberiusza posłusznie i gorliwie zaciskają palce dokoła gardła ofiary. Prokurator wie, że kto sprzeciwia się cesarzowi, musi zginąć! A ta hałastra judejska do wszystkiego jest zdolna! Prokurator opuścił powieki i ujrzał arcykapłana dyktującego sekretarzowi pismo do cesarza, pełne hołdów, pochlebstw uwędzonych w kadzidle, a przede wszystkim pełne fałszywych świadectw i dowodów, w które cesarz uwierzy, musi uwierzyć, bo chce wierzyć we wszystkie obelgi spadające na niego, bo na ich podobieństwo kształtuje swój zwyrodniały charakter. Judejczycy napiszą! Na pewno napiszą! Kto stanie w jego obronie? Kto?! Musi się ratować! Sam! Nie ma w Rzymie żadnego oparcia! Na nikogo już liczyć nie może!

Nieprzytomny ze strachu stracił bystrość umysłu i poczuł się tak jak w ową fatalną noc, gdy otrzymał wiadomość o haniebnej śmierci Sejana. Doznał skurczu myśli. Zamiast odparować celnym argumentem donosicielską groźbę Kajafy, z trudem zdobył się tylko na prowokacyjny okrzyk, który podziałał na jego przeciwników jak strumień oliwy wylany na płonące ognisko. W bezsilnym gniewie wyrzucił z siebie przez zaciśnięte zęby słowa zaprawione pogardą

— Oto wasz król!
Tłum ryknął:
— Precz z nim! Precz z nim! Ukrzyżuj go! Ukrzyżuj!
Wargi prokuratora rozchyliły się, odsłaniając dwa rzędy małych, ostrych zębów. Zawołał drwiąco:
— Króla waszego mam ukrzyżować?!

Oczy Kajafy rozszerzyły się, rysy jego sępiej twarzy zastygły w nienawistnej zawziętości, podszedł do samego trybunału i, stojąc twarzą w twarz z prokuratorem, cisnął w niego słowami, o których wiedział, że ugodzą tego tchórza w samo serce:

— My nie mamy króla, tylko cesarza!
To powiedziawszy, wrócił spokojnie do kapłanów. Założył ręce za pas i czekał, a tłum chóralnym krzykiem potwierdził:
— Cesarza mamy, a nie króla!

Pewność siebie opuściła prokuratora. Zdobył się tylko na jedną odpowiedź, wyrażoną za pomocą potakującego ruchu głowy. Potakiwał cesarzowi, potakiwał Kajafie, potakiwał kapłanom, potakiwał tłumowi, potakiwał sobie, potakiwał mądrym słowom, które usłyszał z ust arcykapłana, potakiwał niezwykle wyraźnie, z iście przykładną gorliwością i lojalnością wiernego sługi imperium, potakiwał jasno i niedwuznacznie, niezbicie i dobitnie, aby wszyscy widzieli i mogli dać świadectwo prawdzie, że on, prokurator Judei, Pontius Pilatus, całkowicie zgadza się z Kajafą, że rzeczywiście Judejczycy nie mają i nigdy mieć nie będą żadnego króla, tylko cesarza Tyberiusza, imperatora rzymskiego, więc kiwał potakująco głową, kiwał potakująco, i dałby wiele, bardzo wiele ze swojej majętności, gdyby cesarz mógł być świadkiem tej sceny i naocznie widzieć, jak jego nieposzlakowanej wierności urzędnik potakuje Kajafie wołającemu, że Judejczycy mają tylko cesarza, cesarza, cesarza!

Skurcz myśli ustąpił. Prokurator odetchnął z ulgą. Znów począł jasno myśleć. Powziął postanowienie. Nie będzie się dłużej opierać żądaniu kapłanów. Uzna Jeszuę ben Josef za burzyciela ludu, zbuntowanego przeciw cesarzowi. Jeszua ben Josef musi umrzeć. Sprawa jest postanowiona i zamknięta. Jednego syna Izraela mniej. Niewielka strata. Należy szybko rozprawę kończyć i wrócić do chłodnej, cienistej komnaty. Rozprawe kończyć? Słusznie. Ale przedtem, zanim wyda wyrok skazujący, naocznie okaże tym trędowatym potomkom niewolników swój żywiołowy wstręt do ich religii! Do ich oślej szczęki! Do ich ryczącego boga! Uczyni to... Uczyni...

Poncjusz gorączkowo szukał w myślach jakiegoś sposobu, za pomocą którego mógłby bezkarnie — nie narażając się przy tym na zarzut bezprawnego działania — obrazić ich uczucia i zwyczaje ich wiary, wyśmiać ich odrażającą pobożność, zadrwić z ich bezmyślnych nakazów, wyszydzić je i spotwarzyć, rozwścieczyć ten motłoch i równocześnie przekornie wyrazić mu swoje zdanie o niewinności Jeszuy ben Josef. Znając ich nakaz obowiązkowego umywania rąk na znak oczyszczenia, postanowił posłużyć się tym zwyczajem dla swoich drwiących celów, zakasał rękawy i przywoławszy służącego kazał sobie podać, ku wielkiemu zdumieniu rzymskich i judejskich mężów, dzban z wodą i polewać nią ręce. Woda ściekała po dłoniach Poncjusza, a on mył je, mył niezwykle starannie i każdym ruchem dłoni z pogardliwym uśmiechem podrzeźniał z małpią zręcznością rytuał umywania rąk, i mył je w zapiekłej nienawiści do Izraela, a tę nienawiść wyrażał bez słów, tylko udanym wzruszeniem, które odegrał z niewątpliwym talentem aktorskim, a posunął się nawet tak daleko w naśladowczej dokładności, że nie skorzystał z ręcznika podanego mu przez służącego, lecz podniósłszy ręce — według izraelskich przepisów — czekał, aż same obeschną. Gdy je osuszył gorący powiew chamsinu, zwrócił się do Kajafy, jego świty i pospólstwa i rzekł uśmiechając się przekornie:

— Nie jestem winien krwi tego niewinnego...
Po czym ręką wykonał w powietrzu niedbały, przeczący ruch i zawołał:
— Wasza to sprawa!

Tłum przestał być tłumem. Zamienił się w ognisty gejzer. Wyrzucał z siebie przekleństwa, łajania, lżenia, groźby, wyzwiska, obelgi, syki, gwizdy i zawodzący lament. Niemożnością było odróżnić poszczególne słowa. Stopione z sobą, wymieszane i zbite razem, spadały jak grudy twardego błota na prokuratora, który siedząc nieruchomo na krześle kurulnym sycił się wrzaskiem jak najpiękniejszą muzyką, gdyż znalazł w tym rozpaczliwym chaosie klątw i złorzeczeń zadośćuczynienie za poniesioną klęskę. Szczególne zadowolenie sprawiły mu jakieś powtarzające się wrzaski, które wybijały się ponad tłum, a chociaż nie rozumiał ich znaczenia — nie znał języka aramejskiego — ich ciemne, napastliwe, a zarazem złowieszcze i tragiczne brzmienie zaskoczyło go swoją podniosłą żarliwością. Gdy słowa te powtórzyli w gwałtownym uniesieniu Kajafa i kapłani, zwrócił się do stojącego obok sekretarza i spytał go szeptem:

— Co oni krzyczą?
Sekretarz pochylił się nad prokuratorem i rzekł:
— Oni krzyczą: „Krew jego na nas i na syny nasze...”

To powiedziawszy, trwał w pochylonej postawie, czekając na rozkazy, gdyż zdawało mu się, że cierpliwość jego pana dobiega końca. Prokurator jednak wykonał lekceważący ruch prawą ręką, lewą zaś wyciągnął w kierunku liktorów, którzy na ten znak podnieśli wysoko rózgi z toporami.
Tłum zamilkł.
Śmiertelna cisza zaległa plac. Gorący podmuch wiatru zakołysał wachlarzami.
Prokurator wyprostował się, oparł obie ręce na poręczach kurulnego krzesła i rzekł donośnym głosem:
— Skazuję Jeszuę ben Josef z Nazarethu na karę śmierci. Ibis in crucem.
Zwrócił się do sekretarza:
— Równocześnie zostanie wykonany wyrok na dwóch zbrodniarzach skazanych na śmierć.

Na krzyżu Jeszuy ben Josef ma być umieszczony napis... Zapisz...
Sekretarz wyciągnął z zanadrza woskową tabliczkę.

Poncjusz powiódł ręką po czole.
— Napis umieszczony będzie w trzech językach, w latyńskim, greckim i hebrajskim, i zawierać będzie w myśl prawa motywy wyroku, i brzmieć będzie następująco: „IESU NACARENUS REX IUDAEORUM”, „IESOU O NAZARAIOS O BASILEUS TON IOUDAION”... Przetłumacz to na język hebrajski.

Kajafa wtrącił się:

— Ten człowiek, panie, nie jest królem Judejczyków. Dlatego napis powinien brzmieć: „Jeszua ben Josef z Nazarethu, który powiedział o sobie, że jest królem Judejczyków...”
Poncjusz ruchem głowy przynaglił sekretarza:
— Przetłumacz napis w brzmieniu, które ci podałem.
Sekretarz, mówiąc, zapisywał:
— „IESZU HANOCRI MELECH HAJEHUDIM...”

Kajafa jeszcze nie dał za wygraną:
— Pragnę z naciskiem zaznaczyć, że napis ten nie zawiera właściwej sentencji wyroku...
A na to Poncjusz:
— Co napisałem, to napisałem. Zarządzam w myśl prawa rzymskiego ubiczowanie Jeszuy ben Josef.

Wówczas na czoło oskarżycieli wysunął się były arcykapłan, Symeon ben Kamith, i powiedział głosem wielkiej troski:
— Według Prawa Izraela zwłoki skazańca nie mogą wisieć na drzewie przez noc, ale muszą być tego samego dnia pochowane, jest bowiem w Piśmie Świętym powiedziane: „Nie zanieczyścisz ziemi swojej, danej ci przez twojego Boga, Jahwe”. Dzisiaj wieczór rozpoczyna się błogosławione święto Pesach...

— Cóż z tego?

— Jeżeli do zachodu słońca skazańcy nie umrą, każ im połamać golenie, aby umarli i natychmiast byli pogrzebani — wyjaśnił Symeon ben Kamith.
Prokurator skinął głową:
— Dobrze, wydam rozkaz centurionowi.

To powiedziawszy, podniósł się z krzesła kurulnego i opuścił lithostrotos poprzedzany przez sześciu liktorów cum fascibus et securibus, a za nim wyszli sekretarz, asesorzy, niewolnicy z wachlarzami na wysokich tykach, a na końcu Jezus pod strażą żołnierzy. Szedł blady, odprowadzany gorączkowymi spojrzeniami Kajafy, kapłanów i zimną ciekawością pospólstwa.

Po drugiej stronie placu, pod murem okalającym ogrody Heroda, siedziała na podwiniętych nogach niewiasta i, zapatrzona przed siebie szklanymi, wypełzłymi od łez oczami, nie odrywała spojrzenia od bramy pretorium, za którą zniknął Jezus. Obok stał młodzieniec o dziewczęcych rysach twarzy. Jego westchnienia były cięższe od piasku morskiego, a jego dusza była jak żałobny wór.

Złowrogą ciszę, wiszącą nad placem, zmącił łoskot kroków jakiegoś człowieka, który wybiegłszy z tłumu pędził w kierunku Świątyni.

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

 



  1. Jezus przed sądem Sanhedrynu
  2. Pojmanie Jezusa

Strona 1 z 2

  • 1
  • 2
© 2026 Grupa Uwielbienia Bożego Miłosierdzia. Wszystkie prawa zastrzeżone.
GUBM GUBM
  • Start
  • Aktualności
    • Wydarzenia
    • Nadchodzące spotkania
    • Archiwum aktualności
  • O Nas
    • Historia
  • Media
    • Konferencje
    • Śpiewnik
  • Świadkowie Miłosierdzia
  • Czytelnia
    • Dzienniczek
    • Egzegeza środowa
    • Boże Narodzenie
    • Pasja wg Brandstaettera
    • Teologia biblijna
    • Szkółka
    • Rozważania na dziś (archiw.)
  • Kontakt