GUBM GUBM
  • Start
  • Aktualności
    • Wydarzenia
    • Nadchodzące spotkania
    • Archiwum aktualności
  • O Nas
    • Historia
  • Media
    • Konferencje
    • Śpiewnik
  • Świadkowie Miłosierdzia
  • Czytelnia
    • Dzienniczek
    • Egzegeza środowa
    • Boże Narodzenie
    • Pasja wg Brandstaettera
    • Teologia biblijna
    • Szkółka
    • Rozważania na dziś (archiw.)
  • Kontakt

Elohim nawiedza Josefa

Admin Boże Narodzenie 22 grudzień 2019

Josef położył się na barłogu, zdusił palcami knot oliwnej lampy i od nowa rozpamiętywał trudności, w jakich się znalazł z powodu Bożego uczestnictwa w życiu Miriam, w której nieskalaną czystość wprawdzie natychmiast uwierzył, albowiem wierzył we Wszechmożliwość i Wszechmoc Pańską, ale niemniej — a może właśnie dlatego — dygotał z trwogi na samą myśl o bliskiej, nieomal dotykalnej bliskości Elohim. Tu należy wspomnieć dla pełniejszego zrozumienia uczuć biednego Josefa, że lęk przed Elohim nie wywoływał w jego duszy uczucia zagrożenia, niepewności, braku zaufania i chęci ucieczki, gdyż Pan nie był dla niego, podobnie jak dla całego Izraela, niebezpieczeństwem, zasadzką, sidłem i złą przygodą, lecz miłosierdziem i miarą wszystkich rzeczy i spraw. I dlatego Josef, ufnie lękając się Niewidzialności, nie bronił się przed Nią, lecz wychodził Jej z radością naprzeciw i pożądał Jej pokornym i drżącym pragnieniem, gdyż jego trwoga była czystą miłością i czystą czcią, i czystym pragnieniem prawdy, i te trzy pojęcia związały się z sobą w sercu cieśli nierozerwalnym związkiem przyczyn i skutków, dzięki czemu świadomość jego ogarniała Nieogarnionego i drżąc z trwogi drżała z miłości, czci i pragnienia prawdy. I właśnie dla owego pragnienia Josef nie mógł zrozumieć własnej roli prostego, biednego cieśli w tym nieprzeniknionym misterium, i jak każdy człowiek z krwi i ciała, który w pewnych wypadkach nie umie określić swojego celu życiowego, niecierpliwie szukał wyjścia z labiryntu, zasłaniając się niewątpliwie słusznym argumentem, że Elohim dotychczas nie wyznaczył mu żadnej roli w nowym układzie zdarzeń, wobec czego poczuł się człowiekiem niepotrzebnym, w każdym razie u boku błogosławionej Miriam, którą gorąco kochał, ale równocześnie wiedział, że ją bezpowrotnie utracił dla Boskich, a nie ludzkich powodów.

Bóg przyszedł i zabrał mu ją. Czy zabrał? Olśniła go nagła myśl, że mógłby przecież pozostać u jej boku, być towarzyszem jej życia, opiekować się nią i jej Dzieckiem, pracować i zarabiać na życie, w niczym nie uszczuplając obecności Boga w jej duszy, sercu i ciele. Ta myśl sprawiłaby mu wielką ulgę, gdyby nie wyłoniły się w nim natychmiast nowe wątpliwości, które zamknęły tę ostatnią szczelinę nadziei. Ludzie. Co powiedzą ludzie? Dziecko, które miało się narodzić z Miriam, było Dzieckiem Niewidzialnego i jako Dziecko Niewidzialnego przeznaczone było do wielkich i niezbadanych celów. Czy ludzie zatem uwierzą w Jego Boskie pochodzenie, gdy on, Josef, będzie prawowitym małżonkiem Miriam? Jakże więc może swoim istnieniem u boku Miriam tworzyć świętokradcze pozory, że jest ojcem Tego, którego ojcem jest Niewidzialny, Pan Cebaoth, Elohim, El Szaddaj, El, El Olam, El Haj, EI Elion, Kodesz Israel, Elohe Haszamajim, Jeden i Nieskończonoimienny?! Josef podniósł głos i wielkim głosem wzywał Pana na szczycie swojej boleści, wzywał Go zastępczym Imieniem, uciszonym i ostudzonym Imieniem, albowiem gdyby człowiek wzywał Pana ognistą pełnią Jego Nieskończonoimienności, krucha człowiecza świadomość nie mogłaby jej udźwignąć ani nie mogłaby jej sprostać i musiałaby nieodwołalnie spłonąć na miałki popiół. Czy jest zatem miejsce dla Josefa w sąsiedztwie Imion, od których wszechświat drży i płoną wszystkie żywioły? W sąsiedztwie Nieskończonoimiennego, który bezmiarem wszystkich swoich Imion, znanych i nieznanych, słyszalnych i niesłyszalnych, na całą wieczność pobłogosławił małą oblubienicę? Nie, nie ma dla Josefa miejsca u boku Miriam. Pan mu ją zabrał. Wyciągnął rękę po Miriam i zabrał mu ją, i ból zadał jego sercu, i ból zadał jego ciału, i płacz wycisnął z jego oczu, i nie ma już więcej Miriam, nie ma jej błękitnych oczu i czarnych włosów i nie ma jej uśmiechu! Jej oczy i włosy, i uśmiech należą do Elohim! Do Elohim! Do Elohim! Niech będzie błogosławione święte Imię Jego — wołał w rozpaczy — i niech będą błogosławione Jego święte i zakryte zamiary, i niech będzie błogosławione łono Miriam! — Josef, będąc mężem sprawiedliwym i nie chcąc za pomocą fałszywych pozorów zniesławić jej, postanowił potajemnie ją opuścić i wyzwolić od swej uciążliwej obecności, gdyż nie wątpił o tym, że jest dla niej ciężarem, a ta ucieczka, którą postanowił, miała być ucieczką przed Elohim i przed Miriam, i przed ludźmi, i przed własnym niepokojem, i przed niezrozumieniem tego, czego nie mógł zrozumieć, chociaż wierzył w to, czego nie mógł zrozumieć. Sądził więc, że będzie najlepiej, jeżeli o świcie bez pożegnania i bez wyjaśnień opuści Nazareth i powróci do Bethlehem, do swojego rodzinnego miasta, skąd wraz z rodzicami przed kilkoma laty wywędrował na północ w poszukiwaniu zajęcia i chleba. Przywrócona będzie wówczas równowaga między Panem a człowiekiem, a o to przecież chodziło Josefowi, który, patrząc ze swojego barłogu na krążek księżyca i gwiazdy zawieszone w ciemnej przestrzeni nieba, z ulgą dostrzegł w mądrym porządku kosmosu potwierdzenie dla swej decyzji, będącej jego zdaniem w całkowitej zgodzie i harmonii z wolą Wiekuistego.

Ale spokój, który zdawał się nim owładać, nie trwał długo. Poczęły napływać wspomnienia, a za wspomnieniami bezpowrotnie minione marzenie o szczęściu, o wspólnym domu i życiu, uczucia, które jeszcze wczoraj nie były zdrożne i niepokojące, ale dzisiaj wydawały mu się bluźnierstwem wymierzonym w świętość Elohim. I znowu drżąc z trwogi, odpędzał je od siebie lub tłumił je w sobie, zabijał, lecz one nadlatywały coraz to nowymi chmarami, obsiadały go jak rój brzęczących komarów i kłuły natrętnie i boleśnie. Rzucał się nieprzytomnie na barłogu i szeptał suchymi wargami: — Szema Israel, Adonaj Elohenu, Adonaj Echad — Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem, Pan jest Jeden. I będziesz miłował Wiekuistego, Boga twojego, ze wszystkiego serca twego i ze wszystkiej duszy twojej, i ze wszystkiej siły twojej. — I znów rozpoczynał modlitwę od początku, wciąż od początku do końca, wciąż od nowa, wciąż od nowa, chcąc w nerwowym zapamiętaniu za pomocą tego jednego wersetu, powtarzanego z coraz większą szybkością niezliczoną ilość razy, stworzyć dokoła siebie obronny pierścień przed oblegającymi go uczuciami. Nagle ujrzał, jak ów werset poczyna wirować, rozpada się na pojedyncze słowa, potem na litery, i krążąc dokoła niewidzialnej osi, układa się w postać ludzką, która jednak równocześnie zachowała sens i kształt świętego zdania. Postać owa dotknęła palcem czoła Josefa, który leżąc skurczony, oblany potem, ale nieruchomy jak głaz, bał się otworzyć oczy i wolał udawać śpiącego, chociaż z równym prawdopodobieństwem mógł przypuszczać, że to, co widzi, jest naprawdę snem. W każdym razie niezależnie od tego, jak nazwiemy stan, w którym się właśnie Josef znajdował — jawą, snem, snem na jawie czy jawą we śnie — aniołów — przecież każda postać stworzona ze świętych słów jest aniołem — dotknąwszy palcem jego czoła, tak do niego przemówił:

— Josefie, synu Dawidów, dlaczego boisz się przyjąć Miriam, małżonkę swoją? Nie trwóż się. To, co się w niej poczęło, jest z Ducha Świętego, więc jest silniejsze nade wszystko, co ludzkie. Miriam porodzi Syna, a ty nadasz Mu imię Jeszua, albowiem On wybawi Izraela od jego grzechów i wypełnione będzie słowo, które Pan wypowiedział przez swojego proroka, że panna pocznie i porodzi Syna, i nadadzą Mu imię Emmanuel, co znaczy: Elohim z nami.

Anioł, wypowiedziawszy te słowa, począł krążyć dokoła Josefa, potem rozpadł się na pojedyncze litery i znów ukształtowawszy się w słowa, wrócił w postaci świętego wersetu na poruszające się wargi oblubieńca, powtarzającego coraz ciszej i spokojniej, lecz w głębokim skupieniu: — Szema Israel...

Na dworze już dniało. Josef wstał, wyszedł przed dom, umył się, zmówił poranną modlitwę i udał się do miasteczka, do zajazdu, w którym zatrzymał się Zecharia.
— Mój pan miał słuszność. Stanie się według woli Elohim — rzekł, stanąwszy przed Zecharią.

Starzec objął cieślę, ucałował go w ramię i dosiadł cierpliwej Midbar. Lekko uderzył ją kolanami po obłych bokach. Oślica niechętnie, ale posłusznie ruszyła w drogę, a Zecharia odwrócił się i podniósł dłoń na dowód, że odjeżdżając, pamięta o Josefie cieśli. Josef przez chwilę biegł za nim, aby mu okazać swoją wdzięczność i czołobitność. Starzec zjechał na boczną drogę i skierował się na wschód; znalazłszy się w oślepiających promieniach słonecznych, padających znad góry Tabor, wkrótce znikł w smugach gęstego pyłu wzbijającego się spod kopyt oślicy.

Nie zobaczymy już więcej Zecharii. Nie powróci już do naszej opowieści, poza jednym drobnym wspomnieniem, albowiem będąc mężem umiaru, skromności i — wbrew pozorom — milczenia, wiedział, że człowiek, spełniwszy swój obowiązek” i niewzywany przez Elohim, nigdy sam nie powinien narzucać swojej obecności niebu i ludziom. Łatwo mógłby ten i ów niedowiarek wysnuć z tego wniosek, że Pan zapomniał o Zecharii, czemu jednak przeczy dalsza historia o synu jego, pustynnym młodzieńcu Johananie, albowiem często dzieje się tak, iż Pan pamięta o ojcach w ich dzieciach z ciała lub z ducha.

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

Miriam śpiewa

Admin Boże Narodzenie 21 grudzień 2019

Słońce już zachodziło, gdy Miriam, zmęczona i okryta kurzem po trzydniowej podróży, odbytej częściowo na ośle, którego jej po drodze użyczył wędrujący do Jerozolimy znajomy Jehojakima, pobożny garncarz, wreszcie weszła między wąskie uliczki Ejn Karem, położonego na zboczach wąwozu wśród rozkwitających o tej porze drzew migdałowych i oliwek. Dziewczęta czerpiące wodę u źródła wskazały jej dom Zecharii i Eliszeby. Odprowadzona wzrokiem gapiących się na nią mieszkańców miasteczka, poszła pod górę w zapadających szybko ciemnościach, krętą ścieżką, obrośniętą drzewami figowymi, do białego domu, stojącego na uboczu pod koronami wiekowych terebintów. Stanęła w drzwiach izby oświetlonej wątłym płomykiem oliwnej lamp.

Za stołem siedział stary mężczyzna o ostrych rysach twarzy. Powieki miał zamknięte. Pogrążony w półmroku, kołysał się rytmicznie i poruszał wargami, a swoim zewnętrznym wyglądem przypominał praojca Abrahama, przyjaciela Boga, zwłaszcza na tle krajobrazu, który był podobny do tamtego w Mamre. Miriam nie wiedziała, jak wyglądał Abraham i jaki był krajobraz w Mamre, jeżeli więc stwierdziła pewne podobieństwo między Abrahamem a Zecharią i dwoma krajobrazami, było ono raczej jej życzeniem, i to w odwróconej kolejności zdarzeń, czyli że Zecharia powinien wyglądać tak jak Abraham, a krajobraz w Ejn Karem jak krajobraz w Mamre, ale i w ten sposób sformułowane podobieństwo miało swoją głęboką wartość i wymowę, gdyż świadczyło o tchnieniu dostojeństwa, które wypełniło postać Zecharii, a w tych wymiarach obojętne jest, czy życzenie nakładamy na rzeczywistość, czy rzeczywistość na życzenie. 

W głębi, w kuchni przylegającej do izby krzątała się wysoka, szczupła niewiasta, która właśnie odwróciła się ku światłu, a wtedy Miriam ujrzała jej wydatną ciążę, rysującą się pod fałdami luźnej tuniki. Na ten widok dziewczynę ogarnęło wzruszenie i poczuła w sercu wdzięczność dla tej kobiety, która swoim stanem wyprzedzała jej własne przeznaczenie. Pobożnie dotknęła palcami mezuzy — małego pudełeczka przytwierdzonego do odrzwi, a zawierającego wypisane na skrawku pergaminu przykazania Boże — i przyłożyła palce do ust.

Stary mąż otworzył oczy, podniósł się z zydla i gestem ręki zaprosił ją do wnętrza izby, ale po jego spojrzeniu, w którym zakłopotanie mieszało się z resztkami zadumy pozostałej po modlitwie, łatwo można było poznać, że nie wie, kim jest owa dziewczyna stojąca w progu jego domu. Przypatrywał się jej coraz uważniej, a matowy blask jego oczu był dowodem, że pamięć starca, chociaż pracowała sprawnie i szybko, nadaremnie szukała w przeszłości twarzy nieznajomej dziewczyny. Dał więc spokój poszukiwaniom i tylko powtórnym gestem dłoni wskazał jej drogę do wnętrza izby, a ten gest, tym razem nieco głębszy, miał ukryć przed ewentualną wnikliwością gościa — co zawsze należało brać pod uwagę — chwiejną pamięć gospodarza. Tymczasem Eliszeba podeszła bliżej i przyglądała się uważnie dziewczynie. Ale mrok już zupełnie zatarł wyrazistość jej rysów, a światło lampki oliwnej podkreślało jedynie błysk niebieskich i sennych oczu pod równymi czarnymi łukami brwi. Nie wiadomo, jak długo trwałoby to kurtuazyjne oczekiwanie, gdyby nie Miriam, która pozdrowiła Eliszebę pozdrowieniem pokoju, a słowa jej, zwyczajne i proste, okazały się w skutkach wydarzeniem niezwykłym, wybiegającym daleko poza powszedni zwyczaj powitania. Jest to jeszcze jeden dowód na to, że cudem jest nie tylko wskrzeszenie zmarłego czy uleczenie ślepca ślepego od urodzenia, ale może nim być również proste, codzienne zdarzenie, które z przyczyn głębokich, lecz niedostrzegalnych dla ludzkiego umysłu otwiera przed człowiekiem widok w głąb spraw niedocieczonych.

Gdy więc ciężarna niewiasta usłyszała powitanie, wypowiedziane przez Miriam — było nim prawdopodobnie jedno z utartych powitań, jak na przykład „Bądź pozdrowiona, Eliszebo” lub „Pokój tobie, Eliszebo” — nagle poczuła w swoim łonie ruch płodu, co nie byłoby zjawiskiem nadzwyczajnym i nie należałoby przykładać do niego miary zdarzenia cudownego, gdyby nie towarzyszące tym ruchom olśnienie Eliszeby, która w przybyłej — nigdy jej dotychczas nie widziała — poznała córkę swojej stryjecznej siostry Hany, żony Jehojakima, wyrobnika z Nazarethu, i równocześnie przeczuła, że dźwiga ona Dziecko pod sercem.
— Błogosławionaś ty między niewiastami i błogosławiony Owoc żywota twojego. A skądże mi to, że przyszła matka Pana mego do mnie? — rzekła.

Gdy po chwili rozważała swoje pytanie, niepokojące i zarazem pełne ufności, niezrozumiałe i zarazem jasne, nie mogła w sobie odnaleźć źródeł swoich nagłych przeczuć ani tym bardziej logicznych przesłanek, które naprowadziły ją na myśl o macierzyństwie Miriam. Przecież źródłem tych niezwykłych powiązań nie mogło być prawo o skojarzeniu wyobrażeń, albowiem postać Miriam w świadomości Eliszeby kojarzyła się z ubóstwem, z ciężką pracą i z szarym życiem jej rodziców, a nigdy z królewską godnością matki błogosławionej między niewiastami, a przecież właśnie tak określiła Eliszeba swój stosunek do dziewczyny, dodając jeszcze takie zdanie: — Błogosławionaś, która uwierzyłaś, że wypełni się to, co ci oznajmiono. 

Oznajmiono? Skąd o tym wiedziała Eliszeba? Nie umiejąc wytłumaczyć sobie sensu wypowiedzianych słów — po prostu słowo wyprzedziło myśl — Eliszeba dopiero po krótkim milczeniu zrozumiała niezgłębioną mądrość tego, co powiedziała — właściwie tylko zdawało się jej, że zrozumiała — i olśniona swoimi przewidywaniami i świadomością, że to wszystko, co mówi, przerasta ją i wywyższa, a wywyższając, czyni z niej pokorne naczynie Pańskich przeznaczeń, ze wzrastającym napięciem wpatrywała się w Miriam; a ponieważ Miriam z równym napięciem wpatrywała się w Eliszebę, obie kobiety patrzyły na siebie zdumione i własnym uszom nie wierzyły — Eliszeba temu, co mówi, a Miriam temu, co słyszy.

Usiedli, Zecharia i Eliszeba w głębi, do połowy w świetle, do połowy w mroku, pochyleni ku sobie. Miriam natomiast bliżej światła, wpatrzona w pełganie oliwnego płomienia. Chociaż myśleli o tym samym, jednak sens owych rozmyślań był bardzo różny. Podczas gdy Zecharia bolał nad swoim uciążliwym kalectwem i niemożnością porozumienia się z dziewczyną, którą Eliszeba pozdrowiła w tak niezwykły sposób, Eliszeba, przyczajona, wsłuchiwała się w ruch płodu —zdawało się jej, że płód jeszcze się porusza — ale nasłuchiwanie było daremne, gdyż uspokojone jej łono milczało, a Miriam, czując w sobie nieprzeparte pragnienie śpiewu, wyszła z izby, usiadła na progu i podniósłszy głowę, poczęła nucić melodię, ale bez słów, gdyż jeszcze ich nie znała, chociaż już wiedziała, o czym będzie śpiewać. I jak to zwykła czynić, ilekroć ogarniało ją natchnienie, cofnęła się myślą do zamierzchłej przeszłości i szukała w niej źródła swojego śpiewu, i odnalazła je w radosnym psalmie Hany, matki proroka Szemuela, w której była nawet skłonna widzieć swą własną matkę — wiadomo przecież, że wspólne imiona świadczą o powinowactwie losu i dusz, a matka proroka nosiła to samo imię co matka małej Miriam — gdyż psalm przed wiekami w uniesieniu śpiewany przez pobożną niewiastę był tak piękny i bliski sercu dzieweczki, że uważała go za swoją dziedziczną własność. Ale nie miała zamiaru go powtarzać, pragnęła tylko nawiązać do pewnych jego motywów, aby zaświadczyć ścisły związek między tym, co było w odległej przeszłości śpiewane przez jej matkę z psalmicznego wyboru, a tym, co dzisiaj sama zaśpiewa.
Zaśpiewała.

Jej dusza uwielbiła Elohim, a duch jej rozradował się w Panu, ponieważ spoczął na niej, poddanej służebnicy, Jego nieprzenikniony cień. Narody zwać ją będą błogosławioną — był to mimowolny oddźwięk pozdrowienia Eliszeby, ale wypowiedziany z tak wielką pokorą i ślepym zaufaniem, że brzmiał jak posłuszne echo dawnych ustanowionych i dokonanych wyroków, których była tylko powolnym naczyniem — albowiem Niewidzialny uczynił jej wielkie i tajemnicze dzieło, dlatego święte jest Jego Imię, a nad tymi, którzy Go się trwożą, spocznie Jego miłosierdzie po wszystkie pokolenia. Tu Miriam ujrzała gniew Jahwe w postaci wyciągniętego ramienia, tym groźniejszego, że nie było ono ramieniem, ale jego znakiem, rozpostartym na całe niebiosa i miażdżącym w swej doskonałej nieodwołalności ludzi pysznych i knowania ich serc, i mocarzy strąconych z ich cedrowych tronów w otchłań szeolu. W żyłach Miriam wzburzyła się krew ubogich, krew anawim Jahwe, przeciw bogaczom i sytym, przeciw tym, którzy gromadzą złoto, krzywdę i bezbożność, i syci złota, krzywdy i bezbożności sprzedają sprawiedliwych za srebro, a biednych za parę sandałów i jak wszyscy ludzie syci, zapominają o potrzebujących zatwardzają swoje serca i oddzielają je od Elohim obojętnością, nudą i ziewaniem. Ale krew ubogich płynąca w żyłach Miriam podniosła się ku Elohim nie tylko dlatego, że była krwią ludzi pracujących w pocie czoła na chleb powszedni, ale również i dlatego, że była krwią człowieka łaknącego miłosierdzia Pańskiego, a nędzarzem i żebrakiem według ducha, ciała i majętności jest każdy, który łaknie obecności EI Szaddaja. Bogacz powinien wiedzieć, że jego bogactwo jest nic nie znaczącym tchnieniem wiatru, a mędrzec, że jego mądrość jest nic nie znaczącym pyłem, a syty, że jego sytość jest sytością bydlęcia, i dlatego ci, którzy posiedli prawdziwą mądrość, uważają się w swej pokorze za ubogich według ducha i są nieustannie głodni Słowa Pańskiego. Dlatego zaśpiewała teraz o pokornym wywyższeniu pokornych, anawim Jahwe, o głodnych, karmionych dobrami Pańskimi, i o bogaczach, odprawianych z niczym, i uczyniwszy krótką przerwę — czuło się, że teraz uderzy w ton uroczysty i najwyższy, który będzie podniosłym zakończeniem śpiewu — otworzyła usta, jej pierś wysoko się podniosła, jakby chciała wciągnąć w płuca cały bezmiar wieczoru, i zaśpiewała o swoim ludzie, o ludzie Izraela, którego Jahwe pomny na swoje miłosierdzie przygarnie do siebie — znamienne jest, że po raz drugi wspomniała o miłosierdziu Pańskim, raz śpiewając o trwających w bojaźni, a obecnie o Izraelu — gdyż jest wierny przyrzeczeniu danemu jej ojcom, Abrahamowi i jego potomstwu na całą wieczność. Te ostatnie słowa o niezniszczalności Przymierza i obietnicy wprawdzie wyśpiewała, jak przystało na finał, tryumfalnie, ale zawiesiła je w powietrzu za pomocą przeciągłego akcentowania ostatnich zgłosek, co czyniło wrażenie, że słowa wciąż brzmią i trwają, i wypełniają sobą całą przestrzeń.

Wstała i wróciła do izby. Z dworu dochodziło cykanie świerszczy i szum terebintów, w których szeleścił zachodni wiatr, przesycony zapachem soli i świeżej zieleni. Zecharia spojrzał z podziwem na Miriam.
— Pragnę, aby córka mojej siostry została u nas do dnia narodzin dziecka mojego — rzekła Eliszeba.
Zecharia potakiwał głową.
— Spełnię życzenie mojej pani i mojego pana — odparła Miriam i pomyślała z radością, że Zecharia jest naprawdę bardzo podobny do przyjaciela Boga, praojca Abrahama, którego wreszcie ujrzała w swoim wielbiącym uniesieniu.

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

Udała się pospiesznie w góry Judei

Admin Boże Narodzenie 20 grudzień 2019

Miriam obudziła się. Była bezksiężycowa noc. Od pustyni dął chamsin i pędząc przed sobą gęste tumany piasku zatarł kontury nieba, domów, sadów i ogrodów, które zlały się w gęstą, lepką, czarną maź. Skwarny wiatr, nieustannie zmieniając głos, raz wył w drzewach migdałowych i zaroślach, to znów płakał i skowyczał jak szakal, z jękiem przywierał do ziemi, uciszał się i zamierał, aby po chwili rozpocząć od nowa swoje pustynne szaleństwo. Nagle od zachodu, od morza dał się słyszeć lekki szum, który nieśmiało zbliżał się, rósł na sile i dotarłszy w głąb rozpalonego lądu, rozlał się chłodnym, orzeźwiającym podmuchem po dolinach i górach, ale na ten znak wiatr pustynny poderwał się ze zdwojoną siłą — chmury piasku runęły na rozczarowane sady, oliwki i winnice — znowu wył i szczekał szakalim głosem, szarpał ciemności i rzucał się w opętanych podrygach, aż wreszcie, zmęczony, umilkł. I znowu odezwał się cichy szum od morza. Ale tym razem silniejszy.

Fale słonego powietrza wdzierały się do dolin, wpływały jak zastępy dobroczynnych aniołów w ogrody i w winnice, które, jeszcze skulone, ale już uśmiechnięte, z zaufaniem otwierały się na przyjęcie morskiego wiatru, zdobywającego pokorą i dobrocią coraz większą przewagę nad nieokiełznanym chamsinem, dzikim bratem Jiszmaelem, żyjącym na pustyni.

Miriam nie mogła spać. Wyszła przed dom. Usiadła na progu i powróciła do swoich nocnych myśli, które krążyły dokoła krewnej Eliszeby, żony kapłana Zecharii. Nigdy jej nie widziała. Od swoich rodziców słyszała o niej i jej mężu, o ich samotnym życiu i bezdzietności, która była źródłem ich smutku. Wieść o jej poczęciu sprawiła małej Miriam wielką radość. Ale czy tylko dla owej radości wspomniał Wysłannik o błogosławieństwie Bożym, którym wypełniło się bezpłodne łono staruszki? Przecież chyba nie po to o tym mówił, by dać dowód Wszechmocy Niewidzialnego, albowiem i bez tego dowodu Miriam nigdy nie wątpiła o Jego potędze. Więc jak rozumieć słowa Elohim? Co one oznaczają? Czy są tylko tym, co oznaczają? Przecież często się zdarza, że są także tym, czego nie oznaczają — nie dzieje się to dlatego, że Elohim działa na opak, gdyż działa On zawsze prosto i celnie w sposób jawno-zakryty i złożono-prosty — a wówczas jak zrozumieć smutek, który jest radością, lub radość, która jest smutkiem, gorycz, która jest słodyczą, lub słodycz, która jest goryczą, jak zrozumieć szczyt, który jest dnem, i dno, które jest szczytem? Czy Wysłannik, mówiąc o brzemienności podeszłej w latach Eliszeby, chciał wskazać na nią jako na jedyną zaufaną osobę, której Miriam może się zwierzyć ze swoich trosk i zmartwień i szukać u niej odpowiedzi na dręczące ją pytania? A może poczęcie Eliszeby stoi w jakimś tajemniczym związku z jej własnym Poczęciem? Z początku zagubiona w tym gąszczu świętych niedomówień kluczyła wśród nieczytelnych znaków i śladów, ale im bardziej gubiła się w zawiłych domysłach i trudnych przypuszczeniach, tym silniej upewniała się w przekonaniu, że powinna się udać do Eliszeby, zamieszkałej w Ejn Karem, w dalekich górach Judei, i pozdrowić tę, której imieniem posłużył się Wysłannik na dowód Wszechmocy Pańskiej.

Podniosła się z ziemi. W powietrzu panowała cisza. Od morza wciąż ciągnął lekki, chłodny powiew. Powietrze, przez całą noc nagrzewane pustynnym wiatrem i drżące od skwaru, teraz uspokojone i czyste, pachniało wonią gorzkich ziół płynącą od doliny Ezdrelon. Dla Miriam stało się jasne, że tylko Eliszebie może powierzyć swoją tajemnicę i prosić ją o radę, albowiem tajemnica Eliszeby została jej powierzona, więc postanowiła udać się do Ejn Karem, by u boku tej, która uczestniczyła w niezbadany sposób w jej Zwiastowaniu, spędzić kilka spokojnych miesięcy. Troska i dręczące ją dotychczas pytania wydały się jej teraz tylko przewidującym wybiegiem, przynaglającym ją do drogi, gdyż naprawdę już o nic się nie troszczyła ani nie gnębiły jej żadne zmartwienia i nie dręczyły żadne pytania. Była szczęśliwa i spokojna. Świtało.

Wróciła do izby. Zawiązała rzemyki u swoich sandałów, a do zawiniątka włożyła pół jęczmiennego placka. Zbudziła Jehojakima i Hanę i powiedziała im, że idzie do ciotki Eliszeby, i zanim rodzice zdali sobie sprawę z tego, co zaszło, wybiegła z domu i znikła za zakrętem drogi.

Udała się pospiesznie w góry Judei.

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

 

Zwiastowanie

Admin Boże Narodzenie 19 grudzień 2019

Świat Nazarethu, w którym żyła mała Miriam — lepianki, pieczary, miejska studnia i synagoga na wzgórzu — był bardzo mały, nawet jeżeli go rozszerzymy o kilkanaście lepianek i pieczar, położonych w nieco dalszej okolicy. Wyobraźnia jego mieszkańców, chociaż żywa i zapalna, nie wybiegała daleko poza izby, pagórki i ogrody, poza ubóstwo, a nawet i nędzę, gdyż niekiedy tylko garść bobu i jęczmiennej kaszy była owocem ich pracy i przedmiotem głębokich pragnień.

Cały rok żyli marzeniami o pielgrzymce do Jerozolimy na uroczystości Wielkich Świąt i w tym celu skrzętnie oszczędzali pieniądze, siedzieli wieczorami w dni powszednie w ciemnych, nieoświetlonych izbach, spożywali suszoną szarańczę, odmawiali sobie wina, byleby tylko zaoszczędzić trochę grosza na Pesach, Rosz Haszana i Jom Kippur w dalekim Świętym Mieście. Nie wyobrażali sobie tych świąt bez swej obecności w Świątyni Pańskiej, u stóp Szechiny, która w podniosłe dni równała przed swoim niewidzialnym obliczem wszystkich synów Izraela, niezależnie od tego, czy byli bogaczami, czy nędzarzami, mędrcami czy am haarecami. Te pielgrzymki były ich świętym pragnieniem. Przedsiębrali je dla Elohim i dla poczucia swojej równości.

Inaczej jednak układało się życie małej Miriam, dwunastoletniej dziewczynki, żywej, wesołej i uśmiechniętej, chociaż ubóstwo było również udziałem i jej rodziców, ciężko pracujących na chleb codzienny, a miasteczko, w którym żyła, nie było dla niej ani o cal większe niż dla jej sąsiadów. 

Tego dnia, gdy Jehojakim i Hana udali się do pracy — pracowali w winnicy nazarethańskiego bogacza, którego dom i ogrody leżały w pobliskiej dolinie, za dębowym lasem — Miriam, jak codziennie, krzątała się po izbie, wprawdzie ciemnej i zadymionej, ale schludnej, co było tym godniejsze pochwały, że tylko z trudem można było w tym wykutym w skale pomieszczeniu — była to raczej pieczara niż izba — utrzymać porządek i ład. Sprzętów nie było wiele: trzy barłogi, stół, krzesła, piec z piekarnikiem, kilka noży, gliniane dzbany na wodę i mąkę i skrzynia na ubogie szaty. Miriam, ilekroć zostawała sama, a zdarzało się to codziennie prócz Szabatów, czuła się w tej ciasnej izbie jak w udzielnym i nieskończonym królestwie, gdyż zaludniała ją myślami, krążącymi z równą troską dokoła codziennych zajęć i obowiązków domowych, jak i spraw odległych, nieuchwytnych, niedosięgalnych dłonią i okiem, a będących może echem barwnych i żywych opowiadań jej ojca Jehojakima o Pramądrości, która unosiła się jak mgła z ust Wiekuistego, mieszkała na słupach z obłoków i przechadzała się po niebie i przepaściach. Krewni, sąsiedzi i znajomi uważali Miriam za dziewczynę nieco dziwną. Wiedzieli o niej, że jest zaręczona z Josefem cieślą, że ich wesele powinno się odbyć za rok, że jest silna i gospodarna, że ma serce dobre i czułe i że dzięki tym zaletom na pewno będzie dobrą żoną i matką. Bardzo możliwe, że tę dziwność upatrywali mieszkańcy Nazarethu w jej skłonnościach do śpiewu i układania pieśni. Gdy zapadał wieczór, Miriam siadała na podwiniętych nogach u wejścia do izby i w gronie uważnie słuchających rodziców, krewnych i sąsiadów śpiewała pieśni własnego układu, w których mieszały się słowa zapożyczone z psalmów i modlitw, uroczyście zmawianych przez Jehojakima w dni świąteczne i w Szabat, z jej własnymi pomysłami, parabolami, porównaniami i metaforami, wskutek czego można je było śmiało określić mianem natchnionych wariacji na obrany temat. Nikt w Nazarecie nie układał psalmów i melodii. Więc krewni i znajomi, przywołując z biblijnej pamięci postacie kobiet układających pieśni — Miriam, siostry Mojżesza, i Hany, matki męża Bożego, przez Pana umiłowanego Szemuela, i Judyty, błogosławionej wdowy — kiwali głowami, z czego jednak trudno było wnosić, czy chwalą, czy ganią poetyckie umiejętności córki Jehojakima, biednego najemnego robotnika.

Tego dnia — jak już o tym wspomnieliśmy — gdy Jehojakim i Hana udali się do pracy, Miriam od wczesnego ranka krzątała się po izbie, trzepała maty na dworze, przyniosła wodę ze studni, zmyła naczynia, po czym wyszła przed dom, uklękła na ziemi i śpiewając dla Elohim i dla rytmu swoich rąk, schylona nad pożyczonymi od sąsiadki żarnami mełła pszeniczne ziarno, które ojciec otrzymał w podarku od swojego chlebodawcy. Pracę swoją wykonywała spokojnie, bez pośpiechu i z ową monotonną cierpliwością, tak znamienną dla pracujących fizycznie córek Izraela. Lewą ręką powoli, ale bez trudu obracała górny kamień, a prawą wsypywała pszenicę do otworu. Potem potrząsała przetakiem, oddzielając otręby od mąki, która od czasu do czasu, ku uciesze dziewczynki, wzlatywała ku górze i białym pyłem okrywała jej dłonie. Patrząc na umączone palce, przypomniała sobie opowiadanie ojca o dalekim Hermonie, pokrytym przez cały rok śniegiem, a chociaż dotychczas znała śnieg tylko z opowiadania, jednak wyobrażała sobie, że musi być bardzo piękny i bardzo biały, skoro jest darem Wiekuistego i służył w jednym z psalmów, który Jehojakim szczególnie ukochał, do porównania z niepokalaną bielą. Tu uśmiechnęła się, gdyż przypomniała sobie słowa ojca, który zwykł mawiać: — A córka moja, Miriam, wprawdzie jest smagła, albowiem spaliło ją słońce, ale mimo to jest bielsza nad śnieg. — Miriam zastanawiając się nad trudnym do rozstrzygnięcia zagadnieniem, jak można być bielszą nad śnieg, skoro się jest smagłą i spaloną od słońca, podniosła się z kolan i weszła do izby po gliniany dzban na mąkę. Przetarła oczy palcami. Uśmiech powoli znikał z jej twarzy. Poczuła się nieswojo. Ciało jej przebiegł zimny dreszcz. Odwróciła się ku drzwiom i chciała wybiec przed dom, ale nie mogła uczynić kroku.

Stała nieruchoma, osłupiała i nagle ujrzała w sobie jakieś światło, ale nie było to światło słoneczne ani światło księżycowe, ani światło lampy oliwnej, ani w ogóle nie było żadnym światłem, gdyż nie było podobne do żadnego światła, i było tylko tym, czym nie było, i tym, czym nie będzie, lecz tym, czym Jest. Więc widziała w sobie, jak Ten, który Jest, szedł ku niej z odległo-bliskiej przestrzeni, nieograniczony żadną granicą i wymykający się spod wszelkiego określenia, albowiem sam w sobie był granicą i sam w sobie określeniem, i tak idąc ku niej właściwie nie szedł, albowiem był poza wszelkim czasem — stawał się na jej oczach — właściwie nie stawał się, gdyż Ten, który Jest, nie może się stawać i tylko, aby ułatwić małej Miriam zrozumienie tego, co się dzieje, upodabniał i naginał swoje działanie nie tyle do pewnych ziemskich pojęć, ile do form człowieczego języka — i tak stojąc w jej wnętrzu równocześnie kształtował się przed jej oczami jako Wysłannik w białej lnianej tunice, przepasanej jedwabnym pasem, przetykanym złotymi nićmi i ozdobionym szafirami, i był potwierdzeniem tego, co się w niej działo, i tego, co widziała w swoim wewnętrznym zachwycie. Była to ostrożność typowa dla Elohim, który znając upodobanie człowieka do plastycznego widzenia i chcąc małej Miriam ułatwić zrozumienie niezwykłego Posłannictwa, nie ograniczył się tylko do działania wewnętrznego, lecz równocześnie przemówił do niej realnym widzeniem. I w tym celu łaskawie pomnożył swoją obecność, czyniąc się przed oczami Miriam Wysłannikiem samego siebie, czyli sobą samym, albowiem wiadomo, że poseł przynoszący wieść jest zawsze tym, który go posyła. Miriam patrząc więc na Wysłannika, którego nieco ociężałe ruchy, tak znamienne dla aniołów odzianych w ciało człowiecze, świadczyły o trudnościach, jakich mu przysparzało poruszanie się po ziemi, z uwagą i pokorą słuchała jego pozdrowienia, albowiem Mąż otworzywszy usta począł mówić człowieczą mową, tłumacząc na ludzki język to wszystko, co słyszała w sobie wypowiedziane bezmową mową w sposób zawile-prosty.

Wysłannik pozdrowił ją w Imię Łaski, którą jest wypełniona, i w Imię Elohim, który pobłogosławił ją między niewiastami. Miriam, skupiona i napięta, z lękiem rozważała każde słowo z osobna, połączyła je w zdanie, które wprawdzie pięknie brzmiało, ale niestety nie mogła zrozumieć, dlaczego ona, mała, nic nie znacząca dziewczyna, córka zmęczonych wyrobników, narzeczona cieśli Josefa, ma być wypełniona Łaską Elohim i błogosławiona między niewiastami. Wysłannik, niewątpliwie odgadując jej myśli, znowu do niej przemówił i prosząc ją, by się nie lękała, zwiastował jej, że pocznie i porodzi Syna i da Mu na Imię Jeszua, co znaczy: Pan jest zbawieniem, a On będzie wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Elohim da Mu tron Dawida, ojca Jego, i będzie królował nad rodem Jaakowa na wieki, a królestwo Jego będzie nieskończone. Wysłannik wypowiedział to wszystko prosto i składnie, tonem śpiewnym, podkreślając znaczenie pewnych słów przeciągłą intonacją, ale ani razu nie popadł w przesadny patos, co dobrze świadczyło o jego umiarze w sztuce tłumaczenia rozkazów Elohim na język człowieczy. Owa uroczysta i skromna śpiewność była niezwykle precyzyjnie odmierzona i dzięki temu wiązała w jedną niepodzielną całość prawdę nieba z prawdą ziemi, co w tym wypadku było bardzo ważne, gdyż najgłębszy sens tego misterium polegał właśnie na owym trudnym przymierzu.

Miriam spokojnie wysłuchała Wysłannika. Na jej ciemnej, uciszonej twarzy nie drgnął ani jeden muskuł i już chciała wyrazić swoją uległość przed Panem, ale nie mogła oprzeć się jednemu wstydliwemu pytaniu — czuła, że powinna je zadać, gdyż wymagała tego jej godność dziewczęca — i poczęła się zastanawiać, jak ma je oszczędnie wyrazić za pomocą najmniejszej ilości słów, aby jak najszybciej i najzwięźlej zrzucić z siebie jego ciężar. Chętnie użyłaby do tego celu jakiegoś symbolu, ale trudno było stworzyć w pośpiechu zastępczy obraz, który by w pełni oddawał jej myśl. Zrezygnowana, spytała po prostu, jak to się stanie, skoro męża nie zna. Wysłannik odparł, że Duch Święty zstąpi na nią i moc Najwyższego ogarnie ją niby cień. Dlatego Dziecko, które się z niej narodzi, będzie święte i będzie nazwane Synem Bożym. Tu urwał. Miriam opuściła głowę. Dwa krótkie czarne warkocze, splecione nad karkiem w ciasny węzeł, wskutek nagłego ruchu głową rozluźniły się i opadły na jej ramiona. Wysłannik zmiarkowawszy, że dziewczyna pragnie jeszcze zadać dalsze pytania — niewątpliwie przewidział ich sens — uprzedził ją i szybko wyjaśnił, że także Eliszeba, jej krewna, mimo swojej starości poczęła syna, i ta, która w mniemaniu ludzi uchodzi za bezpłodną, jest już w szóstym miesiącu, albowiem nie ma nic niemożliwego u Elohim. Miriam podniosła głowę. Poddana woli Bożej zrozumiała, że powinna teraz głośno wyrazić zgodę na to, co się stanie, i już chciała wypowiedzieć ją za pomocą najpiękniejszych słów i najsłodszej melodii, ale zabrakło jej pięknych słów i zabrakło słodkiej melodii, i tylko z wielkim trudem przez zaciśnięte gardło zdołała wyszeptać:
— Jestem służebnicą Elohim, przeto niechaj się stanie według słowa Jego.

Wysłannik rozpłynął się bez śladu, oddalił się od niej i w niej, a Miriam powracała ze swojego utajonego wnętrza do rzeczywistości biednej izby, dzbanów na wodę i mąkę, i przetaka leżącego na progu, i tylko niebieskie oczy, gorączkowo i niespokojnie błyszczące pod czarnymi łukami brwi, pełne radosnej troski świadczyły, że uderzył w nią łagodny grom Pana najwyższych gór, El Szaddaja.

Wyszła przed dom. Usiadła przy drodze na ziemi, w pełnym słońcu, na podwiniętych nogach, spojrzała w czyste niebo, błękitne, bez jednej chmury, rozciągnięte jak jedwabna opona namiotu od Ezdrelonu po Karmel i góry Naftali, i zamknąwszy powieki, zmęczona, trwała w bezruchu, rozkoszując się spokojem i ciszą, płynącą od pól i dolin, nasyconych zapachem świeżych ziół. Nagle poczuła na sobie cień, który ją coraz szczelniej otulał. Otworzyła oczy i spostrzegła, że pada na nią cienista smuga, chociaż na rozżarzonym niebie nie było ani jednego obłoku, ale mimo to cień padał od obłoku, gdyż cień był obłokiem, a obłok cieniem, a razem byli Szechiną, obecnością Jahwe. Jego mieszkaniem i objawieniem, cienisto-obłocznym JESTEM, który wpłynął w krew Miriam i wraz z krwią wypełnił wszystkie komórki jej ciała, aż do ostatnich granic jej jestestwa. Opuściła powieki.

Wtedy właśnie zbiegł ze wzgórza zdyszany Josef, stanął przed Miriam i wyciągnąwszy do niej ramiona, chciał ją przywołać ku sobie miłującym słowem, ale spostrzegłszy smugę cienia, która ocieniała jej postać, zatrwożony, szybko cofnął wyciągniętą dłoń i szepnął:
— Co ci jest, Miriam?
Ale nie usłyszał żadnej odpowiedzi i tylko widział, jak po jej wargach i zamkniętych powiekach powoli przesuwa się fioletowy cień.

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

 

Strona 3 z 3

  • 1
  • 2
  • 3
© 2026 Grupa Uwielbienia Bożego Miłosierdzia. Wszystkie prawa zastrzeżone.
GUBM GUBM
  • Start
  • Aktualności
    • Wydarzenia
    • Nadchodzące spotkania
    • Archiwum aktualności
  • O Nas
    • Historia
  • Media
    • Konferencje
    • Śpiewnik
  • Świadkowie Miłosierdzia
  • Czytelnia
    • Dzienniczek
    • Egzegeza środowa
    • Boże Narodzenie
    • Pasja wg Brandstaettera
    • Teologia biblijna
    • Szkółka
    • Rozważania na dziś (archiw.)
  • Kontakt