GUBM GUBM
  • Start
  • Aktualności
    • Wydarzenia
    • Nadchodzące spotkania
    • Archiwum aktualności
  • O Nas
    • Historia
  • Media
    • Konferencje
    • Śpiewnik
  • Świadkowie Miłosierdzia
  • Czytelnia
    • Dzienniczek
    • Egzegeza środowa
    • Boże Narodzenie
    • Pasja wg Brandstaettera
    • Teologia biblijna
    • Szkółka
    • Rozważania na dziś (archiw.)
  • Kontakt

Jeszua

Admin Boże Narodzenie 27 grudzień 2019

Miriam i Josef wpisali się na listę ludności, a ponieważ z Bethlehem szybko odpływali przybysze — któż z obcych po wypełnieniu obowiązku spisu chciałby się bez potrzeby zatrzymywać w tak nędznej dziurze? — mąż sprawiedliwy swobodniej rozejrzał się po miasteczku i wkrótce spotkał kilku znajomych swoich i ojca — niechaj dusza jego spokojnie spoczywa na łonie Elohim — i korzystając z gościnnego zaproszenia jednego z nich, sandalnika Eliezera, zamieszkał u niego wraz z Miriam i Niemowlęciem w małej izdebce na dachu, z którego rozciągał się rozległy widok na bethlehemską dolinę. Wieczorem Josef schodził do gospodarza, u którego o tej porze gromadzili się sąsiedzi. I tam gwarzyli o dawnych czasach, żywo wspominali zmarłych krewnych i znajomych i wspominali również matkę i ojca Josefa, zachwycali się zaletami ich charakteru, ich dobrocią i gościnnością, a jeden z rozmówców wyraził nawet sąd o moralności obecnego czasu, który nie wydaje ludzi bogobojnych i mądrych, a jeżeli nawet wydaje, to nie można ich zalet porównać z zaletami minionego pokolenia, gdyż cnoty praojców były cnotami prawdziwymi, a cnoty dzisiejszych ludzi — zresztą coraz rzadsze — są tylko cnotami pozornymi. Tu zaczęli się między sobą sprzeczać, albowiem sandalnik Eliezer, człowiek uczony, zacytował werset z Księgi Koheleta, gdzie jest wyraźnie napisane, że człowiek rozsądny nie powinien się zastanawiać nad tym, które czasy były lepsze, dawne czy dzisiejsze, ponieważ wszystkie czasy są jednakowe i każdy czas jest zarówno dobry i zły, i w każdym czasie żyją ludzie cnotliwi i bezbożni. Gospodarz mówił powoli, przekonywająco, kręcąc przy tym kosmyki włosów przy skroniach, co przydawało jego wywodom jeszcze więcej powagi. Do Josefa przemówiły argumenty gospodarza, więc poparł je w dłuższym wykładzie. Z kolei odpowiedział Josefowi dawny jego kolega z beth hasefer, Baruch, i gwałtownie przeciwstawił czasy minione czasom dzisiejszym, wywiązała się zatem długa dysputa, trwająca do rana, gdyż obok głównego tematu poruszali również zagadnienia Mesjasza, zelotów, miłości ojczyzny, Hasmonejczyków, Rzymian, męczeńskiej śmierci Mariamne, rzezi dokonanej przez Heroda na faryzeuszach, cesarza Augusta, Świątyni Pańskiej, pustelników z Qumran i saduceuszów — mówiąc o Herodzie i Auguście, dyskretnie spluwali przed siebie i za siebie, aby uchronić się przed złym działaniem ich imion — i tak gwarząc, rozważali wszystkie cierpienia i troski, którymi żył w owych czasach umiłowany przez Pana Jeszurun.

Pewnego wieczoru gospodarz, wiedziony godną pochwały troską o niepewną przyszłość Josefa, począł go namawiać, aby zamieszkał z rodziną na stałe w Bethlehem i otworzył tutaj warsztat ciesielski, który mu na pewno przyniesie dobre dochody, gdyż w miasteczku nie ma zdolnego i uczciwego cieśli.
— Uczynię to, co zechce Elohim — odpowiedział po namyśle Josef.
— Elohim chce, aby ludzie dobrze zarabiali. Czy nie mówię rozsądnie? — rzekł sandalnik Eliezer, kręcąc zawzięcie loki przy skroniach.

Josef, nie chcąc urazić gościnnego i życzliwego gospodarza, głośno przyznał mu słuszność, ale roztrząsając w sobie jego radę doszedł do przekonania, że istnieje rozsądek ziemski i rozsądek niebieski, a rozsądek ziemski tylko wtedy działa mądrze, gdy go przenika rozsądek niebieski, więc począł się modlić do Pana o łaskę znaku, który by go nauczył odnajdywać w radzie ludzkiej radę Bożą, a w ludzkich zachętach palec Boży i wyjaśnił mu, i ustalił, czy Pan naprawdę życzy sobie, aby Josef ben Jaakow, biedny cieśla, pracujący w znoju rąk i czoła na chleb codzienny i szabatową oliwę, począł zarabiać, obrósł w tłuszcz i dostatek i stał się właścicielem domu, osłów, owiec, wielu szat i wielu pięknie plecionych sandałów.

I tak na rozmowach ze znajomymi i na wewnętrznych rozpamiętywaniach o niebieskim i ziemskim rozsądku płynął czas, a w owym czasie upłynęło siedem dni, a w siódmym dniu przybył mohel i obrzezał Dziecię, i nadano Mu imię Jeszua — co znaczy: Jahwe jest zbawieniem — a po grecku imię to brzmi: Jezus, i tym imieniem nazywają Go ludzie po dzień dzisiejszy, i nazywać Go będą po nieskończoność czasu.

A uczta była bardzo skromna.

 

 Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

 

 

Pasterze

Admin Boże Narodzenie 26 grudzień 2019

Była chłodna noc. Na niebie świeciła droga mleczna.

Pasterze szczelnie owinięci w opończe siedzieli przy ogniskach, gdy jeden spośród nich — leżał wyciągnięty na ziemi, na baranim błamie — mężczyzna o wysokim, pomarszczonym czole, wydatnym nosie, grubych, szerokich wargach i zapadłych policzkach, zarośniętych szczeciniastą, szpakowatą brodą, sterczącą wyzywająco ku przodowi nad żylastą grdyką, tymi słowami przemówił do swoich towarzyszy:

— Za kilka dni zejdziemy w doliny i zapędzimy owce do ciepłych owczarni, albowiem jest już druga połowa miesiąca marcheszwan i lada dzień, skoro tylko wiatr zmieni swój kierunek z północno-wschodniego na zachodni, należy się spodziewać pierwszych błogosławionych deszczów.

Pasterze na znak zgody obojętnie kiwali głowami, jeden z nich żuł z namysłem kawał twardego sera, drugi sprawnymi palcami przyszywał rzemyk do sandała, trzeci, siedzący obok niego, majstrował przy swoim flecie, a tamten, mały i krępy, o chytrej, zamkniętej twarzy, stał oparty na lasce przy ogrodzeniu, za którym spoczywała gromada zbitych z sobą owiec i jagniąt. Przy ognisku leżały dwa kudłate psy i położywszy pyski na wysuniętych przed siebie łapach, udawały, że śpią, ale drżenie ich nozdrzy i niespokojny ruch małżowin zdradzały nieustanną i natężoną czujność. Ów pasterz o szczeciniastej brodzie podniósł się z ziemi, dorzucił kilka gałęzi do ogniska, po czym mrucząc modlitwę uczynił palcem w powietrzu władczy gest, a pasterze w mig zrozumieli jego wymowę, gdyż przerwawszy swoje zajęcia — nawet żujący przestał poruszać szczękami — jeden po drugim, wybierając najdogodniejsze dla siebie miejsca, układali się do snu przy akompaniamencie modlitewnych pomruków, w których dziękowali Elohim za dzień spokojnie przeżyty i błagali Go o cichą i bezpieczną noc dla siebie, owiec i psów. Na straży pozostał Szczeciniasty, opierając się na lasce o żelaznym zakończeniu i grubych sękach. Ponieważ ognisko znów poczęło przygasać, dorzucił do ognia kilka suchych gałęzi, które sycząc szybko się zajęły i wystrzeliły rudym płomieniem. Przykucnął i wyciągnął zziębnięte dłonie nad ogniskiem, ale ruch ten wykonał w sposób tak skupiony, że wydawało się, iż raczej błogosławi ogień, niż ogrzewa nad nim ręce, a może ogrzewał i błogosławił równocześnie, albowiem błogosławiący nie tylko przenosi żar swojego serca na błogosławionego, ale i sam ogrzewa się nad tym, którego błogosławi. W zamierzeniach Pańskich różność środków często prowadzi do jedności skutków. Szczeciniasty podniósł się i zamierzał udać się na obchód zagrody, gdy wtem usłyszał w ciemnościach czyjeś kroki i ujrzał, jak dwa kudłate psy, zamiast z wściekłym ujadaniem rzucić się w kierunku, skąd dochodził odgłos kroków, potulnie czołgały się po ziemi, służalczo wpatrzone fosforyzującymi ślepiami w gęsty mrok nocy.

— Niech będzie błogosławiony Elohim, Pan Zastępów — Szczeciniasty usłyszał głos i ujrzał obok siebie postać pasterza, odzianego jak on w długi płaszcz, w sandałach na nogach, z sękatym kijem w ręce, i gdyby nie wyraz jego przezroczystej twarzy, świadczącej o oddawaniu się zajęciom bardziej uduchowionym niż uganianie się za szakalami i wyrób owczego sera, byłby przekonany, że jest to pasterz z jakiejś bliższej lub dalszej okolicy, wypasający owce na sąsiednich pastwiskach. Blask od ogniska padł na twarz nieznajomego. Szczeciniasty nie znał go, chociaż wszyscy pasterze z gór judejskich znali się wzajemnie, więc był już skłonny przypuścić, że mąż ów z niewiadomych powodów przebrał się za pasterza — należało zatem działać ostrożnie i zająć wobec niego postawę obronno-wyczekującą — ale tej rzekomej maskaradzie przeczyło typowe dla pasterzy zachowanie się gościa, jego szerokie gesty, długie kroki, strój doskonale przylegający do jego postaci i bijący od niego ostry zapach owczej wełny — to było chyba najbardziej uspokajające — który świadczył o pasterskim zawodzie przybysza.

— Pan z tobą — odrzekł ostrożnie Szczeciniasty, który ku swej wielkiej zazdrości zauważył, że psy z jawną czułością i swobodą łaszą się do obcego męża.
— Skąd znasz nasze psy? — spytał zaczepnie, a ponieważ postanowił szybko rozprawić się z nieznajomym, dodał: — Skąd się tu wziąłeś? Czego szukasz?
— Ciebie szukam i twoich towarzyszy — odrzekł spokojnie przybysz.
— Czego chcesz?
— Obudź towarzyszy — odrzekł łagodnie.
— Czy ty jesteś panem moim, że mi rozkazujesz?
— Obudź towarzyszy — powtórzył nieznajomy, ale tym razem tonem rozkazującym.

Szczeciniasty silniej ścisnął kij w garści, ale opanował swoją porywczość, gdyż zwyciężyło w nim poczucie gościnności, więc zrezygnował z dalszych pytań i począł budzić pasterzy. Przecierali oczy, ziewali, niechętnie podnosili się z ziemi i przerzucali wzrok z nieznajomego na Szczeciniastego, to znów ze Szczeciniastego na nieznajomego, i byli już gotowi łajać natręta, gdy nagle usłyszeli muzykę tak piękną i przejmującą, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie słyszeli, chociaż sami grali na fletach i śpiewali psalmy na chwałę Elohim i pieśni na chwałę życia pasterskiego. Zdawało się im, że z ich wnętrz, z kamieni i drzew, psów i owiec wychodzi pobożna melodia i wypełnia sobą cały świat. Odróżniali z niezwykłą dokładnością każdą melodię z osobna, melodię kamieni i melodię drzew, i melodię owiec, psów i gór, a przede wszystkim melodię, której źródłem byli oni sami. Wprawdzie dokładnie nie rozumieli jej sensu i przeznaczenia, czuli jednak, że jest ona zapowiedzią owiec, na których będzie rosła wełna o podwójnej długości, i mleka, z którego wyrabiać będą potrójną ilość sera, zwłaszcza że przez wzrastającą nawałnicę muzyki dochodził do nich śpiew o chwale Elohim na wysokościach i o błogosławionym pokoju na ziemi.

A ponieważ wbrew pozorom i powszechnej opinii byli bogobojni i uważali się za ludzi dobrej woli, uwierzyli, że będą w pełni korzystać z dobrodziejstw Bożej zapowiedzi. Ale gdyby mieli własnymi słowami opowiedzieć wszystko, co słyszeli w owej muzyce — szybko nabrali przekonania, że powinni o owym zdarzeniu opowiadać ludziom — przyszłoby im to z wielkim trudem i na pewno nie umieliby tego jasno sformułować. Składało się na to wiele przyczyn. Byli ludźmi nieuczonymi, synami ziemi, am haarecami, prostakami. Ale to nie była jedyna trudność. Nawet gdyby umieli opowiedzieć sens usłyszanej muzyki, ich świadectwo nie miałoby wielkiego znaczenia, gdyż większość spośród Izraela uważała ich za złodziei, za ludzi gwałtownych, nieokrzesanych, skorych do burd i bijatyk. Ta opinia, może krzywdząca, a może słuszna — trudno to dzisiaj ustalić — miała swoje źródło w szczególnym sposobie ich życia. Żyjąc wśród dzikich gór, w ciągłych utarczkach z hienami, szakalami i wilkami, i ze złodziejami bydła, wyrobili w sobie twardość charakteru i zachowanie niezbyt gładkie, czupurność, zawadiactwo i nadmierne poczucie nieokiełznanej swobody. Ludzie ich się bali. Dlatego niektórzy mędrcy doradzali czcigodnym ojcom rodzin, aby synów nie wychowywali na pasterzy, bo — jak twierdzili — pasterstwo jest zawodem bandyckim, aby w sądach nie powoływali się na ich świadectwo, gdyż zawsze rozmija się ono z prawdą, aby nie kupowali u nich wełny i mleka, gdyż nie wiadomo, czy nie są kradzione. Z drugiej jednak strony pasterz był w świętych księgach symbolem wzniosłości, a król Dawid, który za czasów dzieciństwa wypasał bydło swojego ojca, Iszai Bethlehemity, wyśpiewał natchniony psalm na chwałę tego zawodu i nawet samego Elohim uczynił pasterzem wypasającym sprawiedliwego człowieka na zielonych pastwiskach i prowadzącym go do spokojnej wody. Jak pogodzić te dwa sprzeczne wyobrażenia o pasterskim zawodzie? Może mostem łączącym te sprzeczności była kontemplacja, tak znamienna dla zawodu pasterskiego, ów bezcenny dar, dzięki któremu nawet w najdzikszym i najbardziej nieokrzesanym sercu następuje mądre wyrównanie wartości i ubytków w obliczu Boga, ludzi, gór i dolin.

Gdy muzyka umilkła, pasterze obrzucali się nawzajem pytającymi spojrzeniami, ale pytać głośno nie śmieli. Nieznajomy znikł. Znikł ten, który ich obudził. A on jeden mógłby im udzielić wyjaśnień, co oznaczała muzyka, gdyż każdy z nich po swojemu słyszał ją i rozumiał, więc tym bardziej pragnęli skonfrontować i uzgodnić swoje wrażenia z miarodajną wypowiedzią Budziciela. Zdani na własny rozum starali się odcyfrować jej myśli i po długich wewnętrznych roztrząsaniach, niewolnych od wahań, powątpiewań i niepewności, zrozumieli, że muszą pozostawić owce na łasce losu i psów, co w skrytości ducha uważali za dużą lekkomyślność, i iść przed siebie, iść, nieustannie iść. Ale nie wiedzieli, dokąd mają iść. Wprawdzie majaczyła im się mglista wizja Miasta Dawidowegó — skąd się ona wzięła? Z gestu Budziciela? Z jego spojrzenia? A może z muzyki? — ale Izrael mianem Miasta Dawidowego obdarzał zarówno Jeruszalajim Hakodesz, jak i Bethlehem, więc bezradnie rozglądali się dokoła, nie wiedząc, jaki obrać kierunek drogi, na północ czy na południe. Uwikłani w niepewność, poddali się jednak ufnie swojej niewiedzy i tą niewiedzą kierowani przypuszczali, że dojdą do celu, a ponieważ celem wędrówki w dzikich górach Judei musi być bezpieczna jaskinia, spodziewali się, że dojdą do owej jaskini, do granicy swojej wędrówki, i u tej granicy ujrzą chwałę Elohim w postaci takiej, w jakiej Elohim raczy ją objawić, może w postaci Początku, Zalążka, Istoty bezradnej, dopiero co ukształtowanej, która będzie celem i kresem ich wędrówki i niewiedzy. Padli na ziemię, głowy nakryli rękami i kiwając się nierównomiernie, chaotycznie, jeden przez drugiego zmawiali Hallel, psalm radości, i błogosławili Budzicielowi, który ich zbudził, a zbudził ich przecież po to, aby usłyszeli własnymi uszami muzykę Elohim, a wprawdzie mogli ją równie wyraźnie usłyszeć we śnie, ale na pewno Pan pragnął, aby ją usłyszeli na jawie, albowiem sprawując straż nad owcami nie byli ludźmi snu, ale jawy, byli strażnikami o szeroko otwartych oczach i czujnych uszach, byli ludźmi czuwającymi i czekającymi i dlatego zostali gwałtownie obudzeni przez Budziciela i wyrwani z głębokiego snu, aby usłyszeli na jawie to, co powinni byli usłyszeć ludzie czuwający.

Gdy Szczeciniasty podniósł głowę, a za nim podniosła głowy reszta pasterzy, wkoło panowała zupełna cisza. Byli jak odmienieni. Nic ich nie obchodziły owce ani nie dziwiła postać Budziciela, ani nie zdumiewało ich jego nagłe zniknięcie. Wszystko było jasne, rzeczywiste, zwyczajne, tak jasne i rzeczywiste, że skłonni byli uwierzyć, iż na tę nocną godzinę 
czekali od początku swojego życia. Bez słowa napełnili dzbany mlekiem, a torby owczym serem i szli w zupełnym milczeniu ku jaskini, która wielokrotnie służyła im za schronienie przed burzą i wiatrem, szli, szli, szli, i już nie zastanawiali się nad pochodzeniem tych znaków, ale przyjmowali je tak, jak je widzieli i słyszeli, albowiem jeżeli zjawienie się Budziciela, zachowanie się psów i cudowna muzyka były złudzeniami, urojeniami i majakami, były to złudzenia, urojenia i majaki błogosławione, nad wyraz cudowne i niezwykle celowe, bo umożliwiały im słuszne i właściwe działanie — pasterze szli, szli, szli — gdyż wskazywały im drogę do jaskini, a złudzenia, urojenia i majaki prowadzące do Prawdy należy traktować nie tylko z pełnym szacunkiem, ale również z pełnym zaufaniem dla ich służebnego sensu, i wówczas trzeba je przyjmować tak, jakby nie były złudzeniami, ale pewnego rodzaju rzeczywistością, rzeczywistością wtórną, a może zastępczą, a może tylko spełniającą funkcję rzeczywistości lub może nawet inną rzeczywistością, po prostu rzeczywistością złudzeń, o której pochodzeniu i istocie — a pasterze szli, szli, szli — mimo wielu badań, wciąż jeszcze niewiele wiemy, nawet wówczas, gdy wiadome są nam wszystkie działające bodźce.

Na niebie świtało. Josef właśnie krzątał się po jaskini, gdy pasterze weszli do wnętrza i pokłoniwszy się nisko Pierworodnemu, Miriam i Josefowi, postawili w kącie dzbany z mlekiem i sery. Podczas gdy Miriam i Josef serdecznie im dziękowali, jeden z pasterzy począł grać na flecie, a towarzysze uśmiechali się, gdyż była to owa melodia, którą słyszeli w górach po obudzeniu się ze snu. A Josef wraz z nimi śpiewał i klaskał w dłonie, i martwił się, że nie może poczęstować gości plecionym chlebem, oliwkami i winem, gdyż nie posiadał ani chleba, ani oliwek, ani wina.

Słońce stało już wysoko na niebie, gdy pasterze znów nisko pokłonili się Pierworodnemu, Miriam i Josefowi i opuścili jaskinię.


Wracając w góry, opowiadali napotkanym przechodniom o tym, co im się przydarzyło tej nocy, ale nikt im nie wierzył, albowiem byli synami ziemi, prostakami, am haarecami.


 Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

Betlehem

Admin Boże Narodzenie 25 grudzień 2019

Gdy późnym popołudniem przybyli do Bethlehem położonego na dwóch wzgórzach, przypominających swoim kształtem dwugarbnego wielbłąda, Josef ze wzruszeniem patrzał na dobrze mu znane z czasów dzieciństwa winnice, ogrody i sady oliwne i zachwycał się widokiem lepianek, naocznych świadków jego dziecinnych zabaw i przygód. W rzeczywistości była to nic nieznacząca maleńka mieścina, położona na granicy pustyni i urodzajnych pastwisk, zapadła prowincjonalna dziura, żyjąca już tylko wspomnieniami o bogactwach Boaza i o kłosach Ruth Moabitki, o królewskim pasterzu, wypasającym stada kóz i owiec, a przede wszystkim nieustannie żywą pamięcią o Racheli, przed której grobem o płaskim dachu pobielanym wapnem zatrzymali się po drodze. Wprawdzie ilekroć Jeszurun wybiegał marzeniami i myślami ku przyszłym dniom Mesjasza, zawsze łączył, dzięki przepowiedniom proroków, Jego przyjście i postać z małym miasteczkiem Bethlehem, lecz gdyby kogokolwiek z ludu Izraela spytano, jak sobie wyobraża przyjście na świat Bożego Pomazańca wśród brudnych lepianek, błota i odoru zjełczałych owczych serów, warzonych przez niechlujnych pastuchów, na pewno nie umiałby udzielić jasnej odpowiedzi i byłby raczej skłonny za pomocą bardzo kunsztownej i subtelnej argumentacji upatrywać w ziemskim Bethlehem odległe niebieskie Bethlehem, zawieszone w gwiazdach, niż otwarcie przyznać, że to brzydkie, zaniedbane miasteczko ma być kolebką świętego Pomazańca. Ale Josef, kochający swoje rodzinne strony, jak każdy człowiek zakochany nie chciał widzieć, a może nawet naprawdę nie widział ich szpetoty i z głośnym zachwytem objaśniał niewieście osobliwości miasteczka.

Miriam nie podzielała przesadnego podziwu męża, jednak nie chcąc odbierać mu złudzeń, milczała i tylko od czasu do czasu uśmiechała się, ale nie wiadomo, czy ów uśmiech był odpowiedzią na entuzjazm cieśli, czy też może był odbiciem spokoju, jakiego doznała, gdy leżąc pokornie przed grobowcem Racheli, błagała ją o łaskę szczęśliwego porodu i polecała troskliwej opiece pramatki Owoc swojego żywota, który lada dzień, a może nawet lada godzina miał ujrzeć światło człowieczego życia. Podniosła się z ziemi spłakana i okryta pyłem i wypełniona była mglistą, ale głęboką wspólnotą z Rachelą, a gdy poczęła szukać w sobie przyczyny owego związku i starała się znaleźć jego niewidzialne kiełki, po dłuższej medytacji nad dziejami Jakubowych dni uwagę jej przykuła historia Josefa, który sprzedany przez swoich zuchwałych braci za dwadzieścia srebrników kupcom ismaelskim, nie tylko przebaczył swoim winowajcom, ale potem przygarnął ich do siebie wraz z całym szczepem Jaakowa i ocalił od głodu i cierpienia, dobrem płacąc za okazane mu zło. Wspomnienie o cierpiącym i bezdomnym synu Racheli, tułającym się po świecie, uparcie zespalało się w jej myślach z Mającym Się Narodzić, ale mimo to była spokojna, gdyż w tej nieco zawiłej, a przede wszystkim dla niej samej niezrozumiałej paraleli, snutej z radosną melancholią między odległym życiem patriarchy a przyszłym życiem jej Pierworodnego, pociechą były dla niej dalsze dzieje Josefa niewolnika, który po wielu bolesnych doświadczeniach wyniesiony został wysoko przed obliczem Przedwiecznego i szczęśliwie dożył sędziwego wieku. Ten spokój towarzyszył jej nawet obecnie mimo zgiełku, wrzasku i krzyków, które panowały w miasteczku goszczącym niezliczoną ilość podróżnych przybyłych ze wszystkich stron Izraela.

Josef szybko przestał się zachwycać pięknem rodzinnych stron, gdyż w przypływie troski o zdrowie i bezpieczeństwo Miriam zmiarkował, że niełatwo znajdzie dla niej dogodne miejsce w zajeździe. Z trudem, krok po kroku posuwali się naprzód. Miriam siedziała na ośle, a Josef szedł obok, trzymając go silnie za uzdę, ale zwierzę, czy to będąc z natury znarowione, czy też przestraszone ściskiem i wrzawą — a może Josef po prostu, nie znając natury osła, nie wiedział, jak z nim postępować, pożyczył go bowiem od swoich sąsiadów w Nazarecie — nieustannie przystawało, to znów w nagłym podrywie gnało przed siebie, wśród przekleństw i złorzeczeń potrącanych ludzi, i ciągnęło za sobą Josefa, który uczepiony u uzdy, starał się bezskutecznie okiełznać upartego kłapoucha i krokom jego nadać spokojny bieg. Miriam zmuszona była zsiąść z osła. Przyparci do ściany jakiejś lepianki, bezradnie patrzyli na przewalające się przed nimi kotłowisko ludzi, osłów i mułów objuczonych owocami i na smukłe wielbłądy z pustynną dumą dźwigające na sobie kupców i towary, na stragany pełne warzyw, ryb i klatek z różnobarwnym ptactwem. Krzyki poganiaczy wielbłądów mieszały się z zawodzeniem żebraków i wrzaskliwymi łajaniami straży miejskiej, która pragnąc zaprowadzić ład, swoją nieudolnością jeszcze bardziej pomnażała chaos i zamieszanie. Oceniając obiektywnie jej sprawność administracyjną, musimy stwierdzić, że może umiała ona jako tako dać sobie radę z napływem ludności w zwyczajne dni targowe, ale w wyjątkowych okolicznościach, jak na przykład obecne, gdy z dniem targowym zbiegł się spis ludności — należy tu jeszcze dodać codzienny ruch podróżnych na drodze karawanowej prowadzącej z Jerozolimy przez Bethlehem do Micraim — wykazała karygodną niezaradność.

Josef i Miriam, posuwając się powoli wzdłuż opatrznościowej ściany, która chroniła ich jak kamienny wał przed zalewem ciżby, dowlekli się wreszcie do zamkniętej bramy jakiegoś domu. Josef zapukał. W zakratowanym oknie ukazały się czyjeś oczy, ale opryskliwe słowa, które usłyszeli, nie były zbyt pocieszające. Wlekli się więc od jednej bramy do drugiej i prosili o nocleg, ale ponieważ wszędzie odprawiano ich z niczym, a niekiedy nawet ten i ów gospodarz, zniecierpliwiony nieustannym nagabywaniem go przez różnych natrętnych podróżnych dorzucał kilka barwnych przekleństw, Josef wkrótce stracił wszelką nadzieję na bezpieczny nocleg pod dachem. Wprawdzie miał w Bethlehem bliskich i dobrych znajomych, mieszkających po drugiej stronie miasteczka, ale nie mógł się do nich dostać z powodu wciąż rosnącego natłoku, zwłaszcza że biedna Miriam, zmęczona drogą, opadając z sił, już z trudem trzymała się na nogach. Zrezygnowali więc z dalszego szukania noclegu i poddali się bezwolnie fali napierającego tłumu, który ich zaniósł na szeroki plac u wylotu nieznanej im drogi. Było już zupełnie ciemno.

Stanęli przed zajazdem.

Nie ma po co wchodzić do środka — pomyślał Josef. — Na pewno nie będzie w nim ani jednego wolnego miejsca.
Tymczasem ludzie układali się do snu, gdzie kto mógł, na dziedzińcach, na placach, pod ścianami domów, pod drzewami, w ogrodach i sadach. Mąż sprawiedliwy słusznie upierał się, że nie pozwoli brzemiennej niewieście spocząć na nagiej, wilgotnej ziemi w deszczowym miesiącu marcheszwan, a zresztą lada chwila mogły się wypełnić jej dni, a rozwiązanie Owocu nie mogło przecież nastąpić na oczach gapiów, mężczyzn i młodzieży.
Wejdźmy — rzekł Josef bezradnym głosem.
Weszli do gospody. Na dziedzińcu pełnym osłów, mułów i wielbłądów było duszno i ciemno. Pod arkadami zamykającymi w kształcie kwadratu dziedziniec spali na ziemi ludzie otuleni w płaszcze, z głowami na siodłach, które im służyły za wezgłowie. Ciężka woń przepoconych płaszczy i tunik unosiła się w powietrzu. Nocną ciszę mąciło chrapanie śpiących. Ten i ów mówił przez sen, to znów niespokojnie przewracał się z boku na bok. Wiał północno-wschodni wiatr. Od gór ciągnął przejmujący chłód. Spod arkad z głębi ciemności wysunęła się jakaś postać w długim pasterskim płaszczu, z kagankiem w ręce, i szła ku przybyłym.
— Pokój temu domowi — szepnął Josef.
— I wam — odpowiedział stojący przed nimi mąż i podniósłszy w górę ledwo pełgającą lampkę oliwną przyjrzał się uważnie przybyłym nie wyłączając osła, który opuścił wstydliwie głowę i poddał się cierpliwie jego badawczym spojrzeniom.
— Skąd jesteś? — spytał.
— Z Galilei, z Nazarethu — odparł Josef.
— Przyszedłeś się wpisać do ksiąg ludności?
— Tak.
— A ta niewiasta?
— To moja żona — Josef spojrzał błagalnym wzrokiem na męża i wyrzucił z siebie słowa, w których były równocześnie skarga, szloch i niewzruszona wiara w dobroć ludzką:
— Moja żona jest brzemienna...
Patrząc na nieruchomą twarz nieznajomego, można by było przypuszczać, że słowa te nie wywarły na nim żadnego wrażenia, ale gest, jakim zgasił lampkę oliwną, świadczył o jego dyskretnej subtelności, albowiem usłyszawszy to, co usłyszał, i ujrzawszy to, co ujrzał, nie chciał dać poznać Josefowi, że widzi łzy na jego policzkach, a niewieście, że widzi jej brzemienność.
Dobry człowiek — pomyślał Josef, mając w oczach miłosierny ruch jego palców, które życzliwie zamknęły się nad knotem lampy oliwnej.
— Tu, między ludźmi, nie może rodzić — stwierdził rzeczowo mąż.
— Nie może — szepnął jak echo Josef i rozłożył ręce.
— Chodźcie — rzekł.
Wyszli za nim na drogę. Poprowadził ich na przełaj przez ściernisko, przez gaj figowy ku jaskini wykutej w skale. Wykrzesał z krzesiwa iskrę i zapalił lampkę, i postawił ją w głębi groty, na żłobie wmurowanym w skalną ścianę.
— Tu jest słoma. Zróbcie sobie z niej podściółkę. Tu jest nawet jęczmień dla osła. A tutaj — zajrzał do dzbana stojącego w kącie — jest mleko. Pokój wam.
Wyszedł. Josef wybiegł za nim i chciał mu dziękować, ale nieznajomy zniknął w ciemnościach. Josef krzyknął:
— Kim jesteś, panie? Jakie imię twoje?
— Pasterz jestem — usłyszał oddalający się w ciemnościach głos.

Josef wrócił do jaskini i już otworzył usta, by głośno chwalić dobry uczynek nieznajomego pasterza, gdy spostrzegł, że Miriam słania się i powoli osuwa na ziemię. Pospiesznie, nerwowymi ruchami dłoni zgarnął słomę, ściągnął z siebie płaszcz i przykrył niewiastę, po czym pobiegł w głąb jaskini, zakrył twarz dłońmi i odwrócony plecami do rodzącej, drżąc ze strachu i wzruszenia, czekał.

Gdy usłyszał ciche kwilenie Dziecka, runął na ziemię i krzyczał:
— Bądź błogosławiony, Panie, Boże Abrahama, Jicchakai Jaakowa, Boże Izraela! Kodesz! Kodesz! Kodesz! Święty! Święty! Święty!

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

Piątkowy wieczór

Admin Boże Narodzenie 24 grudzień 2019

Miriam przez cały dzień pracowała. Posprzątała izbę i warsztat Josefa, przyrządziła zimne jadło na Szabat, zakupiła najczystszą oliwę, przyniosła słomę i ściernie na podpałkę w piecu kuchennym, wystarała się u życzliwych sąsiadów o trochę węgla drzewnego i śpiesznie — za chwilę zapadało już święto — rozpaliła go w garnku na środku izby, aby mąż po powrocie z synagogi mógł dłonie ogrzać nad żarem. Był to już bowiem marcheszwan, miesiąc rozpoczynających się deszczów — noce były chłodne — a wiatr wiejący od zachodu napędzał gęste chmury, które wprawdzie szybko się rozpraszały, ustępując miejsca słońcu, ale mimo to nieprzyjemnie było siedzieć, zwłaszcza w górach, w piątkowy wieczór w nieopalonej izbie.

Miriam spojrzała na niebo, które było teraz równie jak ona odświętne i pełne oczekiwania. Ale podczas gdy niebo tonęło w seledynowych i purpurowych blaskach, jaskrawych i krzykliwych — była to zapowiedź wietrznej pogody — kolory, które młoda niewiasta wybrała dla siebie, były bardzo spokojne i skromne. Przeważał w jej stroju kolor błękitny — w tym kolorze była jej wełniana tunika, długa do kostek, luźno opadająca — a ponieważ błękit dobrze harmonizuje z czernią, na głowę nałożyła czarną chustę, która wyraźnie podkreślała oliwkowy odcień jej twarzy. Na nogach miała miękkie sandały z wielbłądziej skóry, a na przegubie prawej dłoni bransoletę z kości słoniowej, ofiarowaną jej w dniu zaślubin przez Josefa, który jeszcze przed laty w Bethlehem otrzymał ją w darze od judejskiego sprzedawcy balsamu, wracającego z towarami do Micraim, do Matarii, gdzie od wielu lat mieszkał i posiadał piękne plantacje ziołowe. Kupiec ów nagle w drodze zaniemógł i wzruszony dobrocią Josefa, który się nim opiekował, podarował mu ową bransoletę. Chłopiec zachował ją na pamiątkę, jedyny zresztą wartościowy przedmiot, jaki posiadał, i wdzięcznie wspominał hojnego ofiarodawcę, który odjeżdżając powiedział do niego z wysokości wielbłąda: — Gdy będziesz kiedyś, Josefie ben Jaakow, w Micraim, pamiętaj o mnie, a zawsze otrzymasz w moim domu posłanie i placek miodowy. — Teraz owa bransoleta z kości słoniowej była częścią uroczystego stroju, który Miriam nakładała na każde powitanie Szabatu, królowej tygodnia.

Wróciła do izby, gdzie na stole nakrytym białym obrusem stały półmiski z jadłem — upieczona na miodzie szarańcza, oliwki, suszona ryba, figi i daktyle, dwa plecione chleby, sól, a obok dzban z winem i dwa kubki. Na środku stał świecznik mosiężny, dwuramienny, napełniony świeżą oliwą. Wszystko to już przygotowała uprzednio, a teraz tylko bacznym okiem gospodyni obrzuciła półmiski i jadło, wygładziła obrus na stole, zajrzała do garnka z węglem i kilkakrotnie weń dmuchnęła, by utrzymać upragniony żar aż do przyjścia Josefa.

Spojrzała w okno. Z płaskiego dachu synagogi chazan gromkim dźwiękiem rogu, rozbrzmiewającym w trzech równych, dokładnie odmierzonych odstępach, obwieszczał wszystkim mieszkańcom Nazarethu nastanie święta Szabatu. Pierwszym dźwiękiem, ostrym i upominającym, wzywał spóźnionych robotników rolnych do przerwania pracy w polu i powrotu do domu, drugim, zapalczywym i nieomal gwałtownym, nakazywał kupcom, kramarzom i przekupniom zamykanie sklepów, kramów i straganów, trzecim natomiast, ogładzonym, miękkim, ale kategorycznym, przypominał wszystkim zamężnym niewiastom Izraela, że jest już pora zapalania świętych lamp szabatowych.

Dźwięk rogu uradował niewiastę, albowiem głęboką czcią obdarzała Szabat, królowę ukoronowaną osobiście przez Elohim, który dzięki temu, że w ten dzień sam odpoczywał po trudach Stworzenia — trud jego był tylko obrazem trudu, a wypoczynek jego tylko obrazem wypoczynku, gdyż Pan nigdy nie odczuwał trudu i nigdy nie wypoczywał — wyniósł go dla dobra człowieka do godności Święta Świąt, matki całego tygodnia, śpiewającej Mądrości, z której szczytu roztaczał się widok na czas minionej pracy i jej owoców.
Na dalekim siwym horyzoncie ukazała się trzecia gwiazda.

Miriam wyprostowała się, z nabożną ostrożnością wzięła z pieca płonącą szczapkę, zapaliła nią dwa knoty w świeczniku, podniosła do nieba niebieskie oczy, a w ślad za nimi obie ręce, które trwały nieruchomo w powietrzu, pełne ciszy, namaszczenia i bojaźni Bożej. Opuszczając powoli dłonie, zatrzymała je po obu stronach płonącego świecznika, jakby chciała go zamknąć w swoich ramionach, i zasłoniwszy oczy palcami złotymi od płomieni, skupiona i cała zasłuchana w muzykę swoich słów, wzorem swej matki i babki, i wszystkich zamężnych niewiast w jej rodzie błogosławiła nadchodzący Szabat:

— Baruch atah Adonaj, melech haolam... — Błogosławiony bądź, Wiekuisty, Boże nasz, Królu Wszechświata, który uświęciłeś nas swoimi przykazaniami i kazałeś nam zapalić światło szabatowe. Amen.

— Amen — Miriam usłyszała za sobą głos Josefa, który właśnie wszedł do izby. Wrócił z synagogi. Prawdopodobnie biegł szybko pod górę, bo był zdyszany, i dlatego owo „amen” wypowiedziane było bezdźwięcznie — tak się przynajmniej niewieście zdawało — ale odsapnąwszy uśmiechnął się do niej, a potem do świecznika, którego dwa knoty spokojnymi płomieniami chwaliły niewzruszoną świętość Szabatu.

— Moja żona, kapłanka domu, jest jego najpiękniejszym światłem — rzek! Josef, patrząc na Miriam, w jej niebieskie oczy, na prosty, kształtny nos, na lekko ku górze podniesione kąciki dość pełnych warg, co nadawało jej poważnej twarzy wyraz dziecięcej naiwności. Szła ku niemu nieco ociężała, ale mimo to jej krok był wdzięczny i rytmiczny, a rytm ten wyrażał się przede wszystkim w miękkim unoszeniu stóp, odziedziczonym prawdopodobnie po przodkach, którzy krążąc po pustyni, posiedli sztukę lekkiego stąpania po jej lotnych i grząskich piaskach. Spojrzeli sobie w oczy. Miriam poznała, że mężowi mimo radosnego zachwytu, jaki jej okazał, doskwiera jakaś troska — już mocno ją zastanowiło stłumione „amen”, wypowiedziane przez niego na progu domu — ale nie chcąc drażniącymi pytaniami mącić wieczerzy, postanowiła rozmowę odłożyć na później, do czasu, aż sam zacznie mówić.

Josef umył ręce i usiadł do stołu. Miriam podsunęła mu kubek i dzban z winem i przystanęła obok, albowiem było w zwyczaju, że niewiasta usługuje mężczyźnie, ale nie siedzi z nim przy jednym stole. Josef rozłożył dłonie i rzekł:
- Już niejednokrotnie prosiłem żonę moją, Miriam, aby nie tylko mi usługiwała, jak jest obowiązkiem dobrych żon izraelskich, ale także wspólnie spożywała ze mną przy jednym stole chleb Boży, albowiem taka jest potrzeba i wola mojego serca.

Na te słowa Miriam nieśmiało usiadła za stołem, dając mu swoją nieśmiałością do zrozumienia, że wprawdzie jest mu posłuszna, ale swoim posłuszeństwem uchybia starym zwyczajom uświęconym przez pokolenia.

Siedzieli więc naprzeciw siebie, po obu stronach stołu, a Josef śpiewał hymn na chwałę cnotliwej niewiasty, napisany przed wiekami przez króla Salomona:
— Kto znajdzie cnotliwą niewiastę? — śpiewał Josef, kołysząc się w takt melodii, przy czym ręce jego kołysały się równocześnie z jego ciałem, a wzniesione dłonie okrągłymi gestami podkreślały bardziej liryczne części pieśni. — Jej wartość jest cenniejsza niż korale. Serce męża darzy ją zaufaniem, a majętność jego nie uszczupli się. Czyni mu dobro, a nie zło, po wszystkie dni swojego żywota. Wdzięk jest złudzeniem, a piękność przemija. Niech będzie błogosławiona niewiasta bojąca się Boga. Niech ją sławią owoce jej rąk, a jej własne uczynki niechaj jej złożą pokłon w bramie miejskiej.

Ostatnie dwa słowa rozciągnął Josef ponad przepisaną miarę wiersza, ale pragnął za pomocą drobnej wokalnej licencji ową bramę miejską poszerzyć do rozmiarów niebios i ziemi i okazać żonie swojej, że jeżeli chodzi o jej uczynki — a przecież ją miał na myśli, śpiewając pieśń królewską o cnotliwej niewieście — to złożą jej one pokłon nie pod łukiem bramy miejskiej, lecz pod sklepieniem nieogarnionego nieba na oczach wszystkich ludów.

Urwana melodia jeszcze trwała w powietrzu, gdy Miriam i Josef podnieśli się z miejsc, a mąż, sięgnąwszy po dzban, napełnił winem swój kubek i położywszy na nim dłonie zaintonował:
— Wajhi erew wajhi boker, jom hasziszi... — I nastał wieczór, i nastał poranek dnia szóstego. I tak ukończone zostały niebiosa i ziemia, i wszystkie ich zastępy. I ukończył Bóg w szóstym dniu dzieło, którego dokonał, i wypoczął w dniu siódmym od wszelkiego dzieła, którego dokonał. I pobłogosławił Bóg siódmemu dniowi, i uświęcił go, albowiem w tym dniu przestał Bóg czynić wszelkie dzieło, które stworzył. Bądź pochwalony, Wiekuisty, Panie nasz, Królu Wszechświata, który stworzyłeś owoc. Bądź pochwalony, Wiekuisty, Panie nasz, który uświęciłeś nas przez swoje przykazania i okazałeś nam łaskę, i uczyniłeś dla wierności i miłości święty Szabat naszym dziedzictwem na pamiątkę dzieła stworzenia. Albowiem jest to dzień, który stoi na początku Bogu poświęconych dni i przywodzi nam na pamięć wyjście z Micraim. Wybrałeś nas i uświęciłeś spośród narodów, i dla wierności i miłości uczyniłeś Szabat naszym dziedzictwem. Bądź pochwalony, Boże, który uświęciłeś Szabat.

Josef podniósł kubek do ust, wypił łyk wina i podał go Miriam. Pili wino, sok winogradu, jednego z najpiękniejszych dzieł Elohim, a mąż znowu umywszy dłonie — Miriam podała mu miednicę i ręcznik — przełamał pleciony chleb, kęs zanurzył w soli i odmówił błogosławieństwo nad chlebem. I dopiero teraz poczęli spożywać wieczerzę. W milczeniu jedli szarańczę pieczoną na miodzie, chleb, suszoną rybę, figi i daktyle i popijali cierpkim i młodym winem, albowiem na stare i słodkie nie starczyło im pieniędzy. Gdy zjedli ostatniego daktyla, a półmiski były już puste, Josef zaśpiewał psalm o łaskawości Pana Zastępów i o Jeszurunie, narodzie wybranym, który dzisiaj siejąc łzy, jutro zbierać będzie radość, ale śpiewał ten psalm inaczej niż zazwyczaj, wprawdzie z tą samą żarliwością, ale słowa akcentował wyraźniej, jakby chciał za pomocą dokładnej wymowy i mocno wybijanego rytmu wypowiedzieć przed Panem żywą obecność tego hymnu.

Miriam słuchała uważnie i zastanawiała się, czy już teraz ma zagadnąć Josefa o zmartwienie, które go gryzie, a może w ogóle nie powinna go pytać, lecz czekać, aż sam otworzy przed nią swoje serce, co wydawało się jej najrozsądniejsze, bo zgodne z niewieścim posłuszeństwem i cierpliwością. Ponieważ jednak cierpliwość niekiedy przeczy sercu, Miriam, skłoniwszy głowę na znak uległości, spytała:
— Co jest mojemu panu?

Trudno określić, czy Josef rad był, słysząc to pytanie, wymagające natychmiastowej odpowiedzi, która na pewno zmąci spokój i radość świątecznego wieczoru. Ale z drugiej strony, pragnąc zrzucić z siebie gniotący go ciężar, pomyślał, że może dobrze będzie, jeżeli już teraz wszystko żonie opowie i zasięgnie jej rady, więc po krótkim wahaniu rzekł:
— Opowiadano w synagodze, że cesarz rzymski wydał dekret o powszechnym spisie ludności. Z tego powodu Jeszurun oburzył się wielkim oburzeniem, które i ja podzielam, albowiem nie wolno liczyć Izraela na podobieństwo bydła wypasanego przez pasterzy na pastwiskach, a ponieważ Izrael nie jest własnością cesarza, lecz Elohim, i do Niego należy, i On jest jego Panem i Królem, przeto niechaj nikt z ludzi żyjących nie ośmiela się spisywać własności Boga, albowiem ten, który spisuje Bożą majętność, wchodzi w jej tajemnice i jak złoczyńca rękę po nią wyciąga — tu w oczach Josefa zapłonęły gniewne błyski i czuło się w jego spojrzeniu, że jest niepodzielną własnością Elohim i że nie ma na całej ziemi takiej mocy ludzkiej, która by go zdołała pozbawić przywileju Bożej własności i pokornego poddaństwa przed obliczem Niewidzialnego. Dłoń Josefa zaciśnięta w pięść była nie tylko potwierdzeniem jego słów i dumnej woli, ale — świadczył o tym dumny gest podniesionej ręki — figurą przeznaczenia tego narodu, który wprawdzie wielokrotnie buntował się przeciw swojemu losowi, ale zawsze przez gniew swoich najszlachetniejszych wracał z powrotem przed tron Elohim. Pięść Josefa po tym gwałtownym wybuchu opadła powoli na stół, rozluźniła się, otwarła i była znowu łagodną dłonią cieśli miłującego pokój. Mąż sprawiedliwy lewą ręką pogładził rzadką brodę i gestykulował teraz szeroko rozwartymi palcami prawej dłoni. Zbliżył koniec wskazującego palca do końca kciuka, tak że oba palce przypominały swoim kształtem ptasi dziób, i kołysząc nimi w powietrzu, miarowym ich ruchem potwierdzał to wszystko, co mówiły jego usta.

— Trapi mnie niepokój o ciebie, korono moja — ciągnął roztropnie Josef — bo będziemy musieli udać się z Nazarethu do Bethlehem, ponieważ jesteśmy z domu i pokolenia Dawidowego, a tylko w beth aboth, w domu ojców, możemy być wpisani do ksiąg ludności. Zbliża się czas rozwiązania żony mojej, różdżki z pnia Iszaja. Droga będzie trudna i męcząca nie tylko dla samych niewygód podróżowania, ale jak zwykle, gdy sprawy powszechne każą ludziom wędrować z miasta do miasta, gospody będą pełne podróżnych, a i po drogach może być niebezpiecznie, bo Izrael, kochając wolność, pomny przykładu swoich przodków, może podnieść oręż przeciw znienawidzonym najeźdźcom, ośmielającym się spisywać własność Elohim. Jak ochronię przed niebezpieczeństwem koronę moją na obcej drodze? Takie są moje obawy, więc nie wiedząc, co mam począć, proszę moją żonę o słowo i radę.

- Niechaj Josef ben Jaakow, mąż mój, nie trapi się o moje bezpieczeństwo i niechaj ze swojego serca wyrzuci troskę, która go gryzie, gdyż Elohim wskaże nam właściwą drogę i właściwą gospodę, i tak wszystko uczyni, jak to postanowił w swoich zamiarach. Już nastał dziewiąty miesiąc mojego błogosławionego brzemienia, a nie odczuwam żadnych dolegliwości, które w czasie swoim odczuwa niewiasta, co jest dowodem, że ręka Niewidzialnego spoczęła na moim łonie — tu Miriam podniosła na Josefa niebieskie oczy i poprawiwszy chustę, która się obsunęła z jej głowy i odsłoniła gładko zaczesane granatowe włosy, ciągnęła dalej, a jej głos był coraz miększy i cichszy: — Niechaj Josef, mąż mój, nie trapi się o spis ludności, gdyż Jeszurun nie jest wprawdzie bydłem wypasanym przez pasterzy na pastwiskach i nie wolno go liczyć na podobieństwo rogatego i nierogatego bydła, ale Elohim — niech będzie błogosławione po wieczny czas Jego święte Imię — przemawia również niekiedy przez pogan, chociaż oni nic o tym nie wiedzą, i dlatego cesarz, zarządzając spis ludności, nie wie, że jest może narzędziem w rękach Pana Cebaoth, który zamierzył to wszystko według swojej myśli i woli, i dlatego Jeszurun nie powinien wierzgać przeciw spisowi ludności, lecz powinien mu się poddać i iść do miejsc swojego pochodzenia. Niechaj mój pan rozpogodzi swoje czoło i nie trapi się ani o swoją żonę, ani o spis ludności, ani o drogę do Bethlehem.

— Miód mądrości jest pod językiem żony mojej — szepnął Josef i poczuł podziw dla mądrości niewiasty, i odetchnął z ulgą.
I śpiewali pieśń na chwałę Szabatu, królowej wszystkich dni, i radowali się wypoczynkiem i ciszą wieczoru.

Spokojnie płonęły szabatowe światła w dwuramiennym świeczniku.

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

Zaślubiny Josefa i Miriam

Admin Boże Narodzenie 23 grudzień 2019

Gdy orszak oblubieńca złożony z czterech jego krewnych i przyjaciół zbliżał się do domu oblubienicy, jedynym zbytkiem i przepychem tych nader skromnych uroczystości weselnych był księżyc w pełni, który jak czerwony owoc granatu stał nad widnokręgiem.

Na czele pochodu kroczyło dwóch kuzynów Josefa i trzymało w dłoniach płonące kaganki, które stanowiły wzruszający kontrast ze świecącą na niebie księżycową pełnią, i gdyby nie ona, owe dwa płomyczki, drżące na wietrze, nie dałyby na pewno tyle światła, ile go potrzeba oczom ludzkim dla rozpoznania drogi w ciemnościach nocnych wśród kamienistych galilejskich wybojów. Ale nie można było pod żadnym warunkiem zrezygnować z tych kaganków, gdyż każdy mąż, nawet najmędrszy, lubuje się w znakach mających wyobrażać jego męską godność, a owe dwa kaganki miały być właśnie jej symbolem, chociaż ten wątły symbol w zestawieniu z wspaniałym księżycowym archetypem był śmieszny i bez znaczenia.

Za kuzynami powolnym krokiem postępował Josef z wieńcem na głowie, u jego boku kroczył przyjaciel, rybak z Kfar Nahum, a pochód zamykał muzyk i śpiewak synagogalny w jednej osobie i grał na lirze melodie, z których, dzięki wręcz nieuchwytnej umiejętności łączenia odległych od siebie dźwięków, wydobywał rzewne i wzruszające nastroje — ale zawsze w granicach uczuciowości określonej dobrym smakiem — i wywoływał w słuchaczach obrazy szczęścia, łagodnych zwierząt i cienistych drzew, to znów naśladował monotonny szelest sitowia, liści i szum wody źródlanej. Drgająca pod jego palcem struna właśnie naśladowała powiew wiatru, ale określenie to nie jest ścisłe, gdyż wiatr mógł z równym prawdopodobieństwem naśladować drganie struny, a ich obie melodie były tak piękne i z sobą zgodne, że nawet najwytrawniejsze ucho nie mogłoby — gdyby wiatr i struna poszły w śpiewacze zawody — wydać wyroku, któremu z nich należy się laur pierwszeństwa. Nagle muzyk przyłożył płasko dłoń do strun i stłumił ich dźwięk, ale natychmiast znowu uderzył palcami w lirę, jakby chciał zatrzeć wrażenie krótkiej, ale nieprzewidzianej pauzy, i zaśpiewał pieśń pachnącą mirrą, aloesem i kasją, a słowa jego krążyły nad orszakiem i spływały jak błogosławieństwo na głowę Josefa, który wprawdzie był odziany w ubogą szatę, przepasaną pasem z cielęcej skóry, jednak pod deszczem owej pieśni wydawał się podobny do króla kroczącego w otoczeniu dziewcząt, najpiękniejszych z ludu.

— Wstań, przyjaciółko moja, pójdź, piękna moja — śpiewał muzyk i śpiewak synagogalny w jednej osobie — bo oto już minęła zima, a deszcze odeszły swoimi drogami, na ziemi ukazały się kwiaty i nastał czas obcinania winnych krzewów, i głos synogarlicy rozlega się dokoła. Już z drzew figowych opadły owoce, a kwitnące winnice wydały swoje wonie. Wstań, przyjaciółko moja, pójdź, piękna moja. O, wyleć, gołębico, ze skalistych otchłani i z ukrytych szczelin i pozwól mi oglądać twoje oblicze, i pozwól mi usłyszeć twój głos albowiem twój głos jest słodki, a oblicze twoje jest miłe.

Ludzie zwabieni muzyką i śpiewem wychodzili z domów i z zachwytem przypatrując się oblubieńcowi, nie umieli wytłumaczyć sobie owej odmiany, gdyż wprawdzie był to ten sam Josef cieśla, którego spotykali codziennie na ulicach miasteczka, a jednak był inny, piękny królewską pięknością, promieniujący słonecznym promieniem, był jasny i miedziany i górował nad dziesięcioma tysiącami mężów postacią równą wybranym cedrom Libanu. Dopiero teraz okazało się, jak ważne były owe dwa kaganki, o których znaczeniu i wartości wyraziliśmy się przed chwilą jeżeli nie z lekceważeniem, to z drwiącym pobłażaniem, gdyż w wyobraźni mieszkańców Nazarethu stały się one źrenicami królewskiego lwa, co mogło przecież być bliskie prawdy, gdyż Josef wywodzący swój ród z Dawidowego korzenia miał prawo korzystać z poetyckich metafor, porównujących jego i jego synów, i synów jego synów do pustynnego lwa Jehudy. Nawet idący w pochodzie kuzyni, muzykant i kroczący u boku Josefa jego przyjaciel, rybak z Kfar Nahum, wypełnieni byli hieratycznym majestatem, o którym nie wiadomo, czy był stałym przywilejem ich postaci, niezauważonym dotychczas przez otoczenie, czy też promieniował z muzyki i z drżących na wietrze kaganków i spływał na nich jak płaszcz utkany ze złotogłowiu. Jakkolwiek by było, mieszkańcy miasteczka przecierali ze zdumienia oczy. A tymczasem orszak sunął dostojnie drogą ku domowi oblubienicy. Już znacznie, znacznie później, po wielu dziesiątkach lat, świadkowie tej uroczystości, dzisiejsi młodzieńcy i panny, a wtedy już starcy i staruszki, opowiadali z przejęciem, że podczas zaślubin nad głową Josefa krążyli aniołowie, a nad głową Miriam unosiła się księżycowa aureola. Te relacje wydają się nam mocno przesadzone i niewątpliwie były owocem przewrażliwionej wyobraźni tych, którzy nie wiedzieli, że największym cudem tego wieczoru było to, iż wybrany Josef był biednym cieślą, a wybrana Miriam skromną i prawie nikomu nieznaną dziewczyną, córką wyrobników Jehojakima i Hany.

Zatem nad głową Josefa w ten uroczysty wieczór „nie krążyli aniołowie — w każdym razie widzialni dla ludzkiego oka — a nad głową Miriam, gdy zbliżał się do niej oblubieniec, nie unosiła się księżycowa aureola — w każdym razie widzialna dla ludzkiego oka. Dziewczyna stała w progu domu z wieńcem na głowie, w towarzystwie rodziców, krewnych i przyjaciółek, trzymających w dłoniach zapalone lampki, i nogi pod nią drżały ze zbytniego wzruszenia, i na pewno gorące ożywienie malowało się na jej smagłej twarzy, ale tego nikt z obecnych nie dostrzegł, gdyż miała głowę zakrytą welonem na znak poddaństwa. Nawet Josef, który uważnie się wpatrywał w oblubienicę, nie mógł dojrzeć poza gęstą zasłoną, opadającą na jej ramiona, spojrzenia jej niebieskich oczu, tak pełnych zazwyczaj ściszonej zadumy. Błądząc wzrokiem po jej postaci, od której bił lekki zapach aloesu, zatrzymał spojrzenie na jej dłoniach — prawą dłonią podtrzymywała koniec zasłony na wysokości łona, lewą zaś lekko uniosła ku górze, jakby chciała tym łagodnym gestem uspokoić serce oblubieńca. W jej długich, cienkich, ciemnych palcach zogniskowała się teraz cała piękność i mądrość dziewczyny, zakrytej welonem, i Josef poczuł, że była ona własnością Elohim pierwej, niż On dzieło swoje uczynił, pierwej, niż ziemia powstała, zanim istniały otchłanie i góry i biły obfite źródła; zrozumiał, że spoza gęstego welonu patrzą na niego oczy tej Mądrości, która istniała wówczas, gdy Elohim budował niebiosa na podobieństwo jej postaci i zakreślał łuk niebios nad przepaściami na podobieństwo łuków jej brwi, gdy chmury umacniał w górze na podobieństwo jej granatowych włosów i tworzył głębokie źródła na podobieństwo jej niebieskich oczu. Elohim stworzył człowieka na swoje podobieństwo, ale świat stworzył na podobieństwo smagłej Miriam. To wszystko natychmiast pojął sprawiedliwy Josef, patrząc na cienkie i ciemne palce oblubienicy zakrytej gęstym welonem, a pragnąc potwierdzić swoje przekonanie jawnym aktem pokory, już pochylił się do jej kolan, ale nagle zastygł w postawie półzgiętej, gdyż przypomniał sobie, że zwyczaj nie pozwala oblubieńcowi na oczach weselnych gości i gapiów okazywać nadmiernego wzruszenia i czułości, a przede wszystkim czołobitności izraelskiej niewieście. Chcąc być zatem wierny tradycji i obyczajom swojego narodu, nie złożył małej Miriam jawnego hołdu, lecz tylko zakłopotaną twarzą wyraził przed jej zakrytym obliczem swoje nieogarnione oddanie i miłość, co oblubienica natychmiast zrozumiała, i rada, że sprawiedliwy mąż w niczym dla jej chwały panieńskiej nie uchybił zwyczajom Izraela, uczyniła lewą dłonią nieznaczny gest, który był gestem potwierdzenia i zgody na jego zachowanie.

— O, jakże jesteś piękna, przyjaciółko moja — zaintonował muzyk i śpiewak synagogalny w jednej osobie, a goście weselni natychmiast podchwycili jego słowa i wraz z nim zgodnym chórem śpiewali pochwalną pieśń: — O, jakże jesteś piękna. Twe oczy, które patrzą na mnie spoza zasłony, są gołębicami, twe włosy są jak stada kóz, które zstępują z gór Gilead. Twoje zęby są jak trzoda świeżo strzyżonych owiec, które wyszły z kąpieli. Jak nić purpurowa są twoje wargi, a usta twoje są wdzięczne, a skronie twoje okryte zasłoną są jak płatki granatu. Twoja szyja jest jak wieża Dawida, jak smukła baszta, obwieszona niezliczoną ilością tarcz i bohaterskich puklerzy.

Zaledwie przebrzmiały te słowa, przyjaciółki Miriam, z którymi bawiła się w dzieciństwie, a potem czerpała wodę u studni i mełła na żarnach mąkę jęczmienną, poczęły miarowo poruszać płonącymi lampkami oliwnymi — blaski i cienie kładły się na przemian na roześmianych twarzach nazarethańskich dziewcząt — i odpowiedziały chóralnym śpiewem: — Przyłóż mnie jak pieczęć do twojego serca, przyłóż mnie jak sygnet do twojego ramienia. Albowiem miłość mocna jest jak śmierć. Zabierz mnie z sobą, miły mój, i bądź podobny do jelenia lub do młodej gazeli na balsamicznych wzgórzach.

Gdy skończyły, Josef podniósł głowę i wskazując palcem na Miriam, rzekł:
— Pragnę tę oto dziewczynę uczynić żoną moją i wprowadzić ją pod dach domu mojego na dobrą i złą dolę, jaką Elohim przeznaczył nam w mądrości swojej i w niezbadanych wyrokach swoich. Czy pragniesz zostać żoną moją według Prawa Mojżesza i Izraela, Miriam, córko Jehojakima?
— Pragnę tego, panie mój — odrzekła.
— Niech się dzieje według woli Elohim — szepnął Josef i spojrzał na Jehojakima i Hanę stojących w progu izby, i na siostrę swoją, i na szwagra, i na krewnych, i przyjaciół, i przygodnych gości, którzy chórem odpowiedzieli: — Amen — i tym jednym słowem przypieczętowali zawarte małżeństwo. I ruszyli do domu Josefa na wzgórzu.

Pochód otwierało dwóch kuzynów z oliwnymi kagankami, za nimi kroczył muzykant i śpiewak w jednej osobie, wygrywający na lirze melodie weselne, potem szedł Josef w towarzystwie rybaka z Kfar Nahum, za nim zaś Miriam, a u jej boku odświętnie ubrani rodzice, krewni i znajomi, i dziewczęta nazarethańskie z płonącymi lampkami. Szli powolnym krokiem, uroczyście, w blasku księżycowej pełni, wspinali się po łagodnym stoku wzgórza, na którego płaskim szczycie wznosiła się lepianka cieśli. A gdy wreszcie stanęli w progu domu oblubieńca, poczęli rozglądać się dokoła urzeczeni nocnym krajobrazem, który przy dźwiękach liry, szumiącej cicho i jednostajnie pod palcami wytrawnego muzyka, wydał się rajem odzyskanym, i szczęśliwi byli, że Elohim pozwolił im na tej ziemi się rodzić, żyć i umierać, wśród wzgórz i ptactwa niebieskiego, winnic i oliwek, i cyprysów, wśród barwnych łąk, pokrytych anemonami i dzikimi liliami, u stóp gór Naftali, Megido, Gilboa i Tabor, na ziemi myślącej ich myślami i czującej ich uczuciami i związanej z nimi związkiem nierozerwalnym, zaprzysiężonym na wieczny czas przez Pana. Gdy więc muzyk gwałtowniej uderzył w struny liry i zaśpiewał pieśń o miłości słodszej nad wino i o imieniu dziewczęcym rozlanym jak różany olejek, oni podchwycili jego słowa i dziękowali Panu za piękno winnic i oliwek, za zapachy łąk, za góry i doliny, za źródła i łąki, i nawet nie wiedzieli, że chwaląc i sławiąc, i wielbiąc tę ziemię, chwalą, sławią i wielbią Miriam, albowiem Pan tajemnie utożsamił ją w tę noc z pięknem galilejskiej ziemi i uczynił z piękności ziemi i z piękności Miriam wspólną i doskonałą jedność, a uczynił to dlatego, bo znając naturę ludzką, wiedział, iż tylko w ten sposób goście i znajomi potrafią w pełni uwielbić — mniej ważne jest, że czynili to nieświadomie — małą, biedną, a w ich oczach prawie nic nieznaczącą dziewczynę w dniu jej skromnego wesela. Był to dostojny podstęp Elohim, nad wyraz przemyślny, usprawiedliwiony znajomością ludzi, którym Boską prawdę, prowadzącą do blisko-odległych celów, trzeba często podawać w kształtach uproszczonych, przeobrażonych, albowiem tylko w uproszczeniu i przeobrażeniu potrafią ją przyjąć i zrozumieć.

Gdyby Miriam i Josef byli bogaczami, ich uroczystości weselne według przyjętego zwyczaju trwałyby dwa dni wśród hucznej uczty i zabawy, podczas której młodzież ubiegałaby się o palmę pierwszeństwa w skokach i rzucaniu oszczepem, ale ponieważ było to wesele biedaków — Josef nawet dla tej skromnej uroczystości musiał zapożyczyć się u swoich krewnych — jeszcze tego samego wieczoru po przybyciu do domu odbył się tradycyjny ceremoniał pod baldachimem, symbolizującym niebo i wspólny dom nowożeńców. Miriam i Josef stali więc pod baldachimem, a goście, śpiewając, rzucali o ziemię owoce granatu i rozgniatali je nogami, a Jehojakim przy towarzyszeniu radosnych okrzyków z hukiem rozbił naczynie napełnione nardem, które otrzymał w hojnym darze od bogacza, swojego chlebodawcy, po czym pobłogosławił nowożeńców. Wtedy goście usiedli przed domem według starszeństwa na matach i zydlach i raczyli się rybami, figami, miodem, daktylami i plackami, i zapijali je winem, które wlewali do kubków z glinianych dzbanów stojących pod ścianą domu. Ale wkrótce wyczerpał się młody moszcz ku żalowi biesiadników, którzy jednak nie okazali gospodarzom swojego rozczarowania.

Coraz cichsze rozmowy i śpiewy wyrwały z zadumy Miriam, która widząc puste dzbany i kubki, zwróciła się do Josefa i już chciała powiedzieć: — Wina nie mają, mężu — ale w porę uprzytomniła sobie, że biednemu oblubieńcowi nie starczyło już pieniędzy na kupno większej ilości błogosławionego napoju, więc wypowiedziawszy tylko pierwsze słowo, resztę zdania stłumiła w sobie, i tylko rumieniec na jej twarzy świadczył, że chciała wypowiedzieć coś, czego nie wypowiedziała.

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

  1. Elohim nawiedza Josefa
  2. Miriam śpiewa
  3. Udała się pospiesznie w góry Judei
  4. Zwiastowanie

Strona 2 z 3

  • 1
  • 2
  • 3
© 2026 Grupa Uwielbienia Bożego Miłosierdzia. Wszystkie prawa zastrzeżone.
GUBM GUBM
  • Start
  • Aktualności
    • Wydarzenia
    • Nadchodzące spotkania
    • Archiwum aktualności
  • O Nas
    • Historia
  • Media
    • Konferencje
    • Śpiewnik
  • Świadkowie Miłosierdzia
  • Czytelnia
    • Dzienniczek
    • Egzegeza środowa
    • Boże Narodzenie
    • Pasja wg Brandstaettera
    • Teologia biblijna
    • Szkółka
    • Rozważania na dziś (archiw.)
  • Kontakt