Ukrzyżowanie i śmierć Jezusa

1

Centurion zsiadł z konia i przywiązał go do drzewa.
Chłop i dwaj skazańcy zrzucili belki na ziemię. Fenicjanin oparł drabinę o jeden z pali i wyjął z kosza gwoździe. obcęgi, młoty, siekierę, chusty biodrowe i powrozy.
Z tłumu wysunęły się dwie niewiasty jerozolimskie, należące do pobożnego zgromadzenia, opiekującego się więźniami i skazanymi na śmierć, i pokłoniwszy się centurionowi wyraziły pokorną prośbę, aby pozwolił podać skazańcom według świętej Księgi Meszalim — w Księdze tej jest napisane: „Daj mocny napój skazańcom” — wino zmieszane z mirrą, miłosierny i ulgę przynoszący napój, który oszałamia i znieczula ciało człowiecze. Gdy centurion skinął głową na znak przyzwolenia, niewiasty nieśmiało zbliżyły się do Jezusa i podały Mu kubek balsamicznego trunku. Twarz Rabbiego pokrył cień zakłopotania. Ujął kubek w obie ręce, przyłożył go do ust i, nie umoczywszy w nim warg, nagłym ruchem wręczył go stojącym obok towarzyszom śmierci. Centurion i żołnierze zaśmiali się. Pomruk zdziwienia przeszedł przez tłum, który nie rozumiał, dlaczego Jezus nie wypił znieczulającego napoju.

Żołnierze przystąpili do pracy.
Ponieważ ludzie tłoczyli się i rozpychali, a nieustannie przyłączali się do nich liczni przechodnie, idący przez Via Romana okalającą wzgórze — zwabieni niecodziennym zdarzeniem, nie mogli odmówić sobie przyjemności zatrzymania się i przeżycia mocnych wrażeń — żołnierze zepchnęli ich na bok, na odległość, która pozwalała widzom na dokładne oglądanie egzekucji, a zarazem umożliwiała wykonawcom wyroku swobodne poruszanie się po miejscu stracenia.
Fenicjanin ujął w obie dłonie zwój długich powrozów. Czekał. Centurion przenikliwym spojrzeniem wpatrywał się w skazańców, w Jezusa, w jednego i drugiego złoczyńcę, po czym w odwrotnej kolejności przenosił wzrok z jednego złoczyńcy na drugiego i znowu na Jezusa, i... nie oderwał od Niego oczu. Wskazał Go palcem i rzekł:
— Zacznijcie od niego...
Żołnierze podbiegli do Rabbiego, zdjęli zawieszoną na Jego szyi tabliczkę, błyskawicznie obnażyli Go z szat, zzuli sandały, a biodra opasali chustą.

Kazali Mu się położyć na ziemi. Leżącemu szeroko rozkrzyżowali ramiona i podłożyli pod nie patibulum, poprzeczną belkę krzyża. Fenicjanin skoczył, koniec belki i rozpłaszczoną na niej prawą dłoń z garstką zwróconą na zewnątrz ściągnął powrozem, i całe ramię szczelnie przywiązał do drzewa. To samo uczynił z lewą ręką Jezusa, a resztę powroza, potrzebnego dla późniejszych czynności, pozostawił luźno wiszącą. Teraz sięgnął po drugi powróz, umieścił go pod pachami Rabbiego i zawiązał od tyłu w ruchomą pętlę. Podał żołnierzom młoty i gwoździe. Rozległy się głuche, tępe uderzenia. Straszny ból wstrząsnął ciałem Skazańca. Zadrżały mięśnie nadmiernie rozciągniętych ramion i klatki piersiowej, która podniosła się i natychmiast opadła. Głowa przywarła do belki. Wargi rozszerzyły się i odsłoniły dwa rzędy kurczowo zaciśniętych zębów, spoza których wysączył się ledwo dosłyszalny, z nadludzkim wysiłkiem stłumiony jęk. Na szyi wystąpiły sine, nabrzmiałe żyły. Wąskie strugi krwi popłynęły z przebitych nadgarstków.
Centurion krzyknął:
— Na środkowy krzyż!

Dwaj żołnierze dźwignęli z ziemi patibulum wraz z Rabbim. Przypominali rzeźników wlokących za rogi baranka przeznaczonego na ubój. Fenicjanin chwycił koniec pętli umieszczonej pod pachami Jezusa i zgrabnie, z niezwykłą szybkością, wdrapał się po drabinie na środkowy pal. Znalazłszy się na jego szczycie, wsunął powróz w gładko wyżłobione łożysko i począł powoli i ostrożnie wciągać w górę belkę z przybitą do niej Ofiarą, podczas gdy dwaj żołnierze podtrzymywali rękami bezwładnie zwisające ciało. Gdy Rabbi zawisnął na przewidzianej wysokości, Fenicjanin silnym pchnięciem wklinował poprzeczną belkę w głębokie wycięcie w słupie, ściśle dopasowane do jej grubości, i wyciągnął powróz spod pach Skazańca. Pal i poprzeczna belka utworzyły kształt krzyża.
Dalsza praca szybko i sprawnie postępowała naprzód. Po zharmonizowanych ruchach żołnierzy i fenickiego pomocnika i błyskawicznym następstwie czynności — nie należy zapominać, że to właśnie Fenicjanie byli wynalazcami ukrzyżowania — łatwo było poznać, że są niezwykle biegli w katowskim rzemiośle. Wysoki Trak powrozem zwisającym z lewej dłoni Jezusa przywiązał Go do pala, od piersi po stopy, unieruchamiając w ten sposób tułów i nogi, lewą nogę zgiął nieco w kolanie, wskutek czego łatwiej umieścił stopę na stopie. Pomocnik w miejscu przecięcia pala i belki gwoździem umocnił wiązanie i przybił nad głową Skazańca tabliczkę z trójjęzycznym napisem. Zeskoczył na ziemię. Wytarł spocone czoło. Odsapnął. Ruchem głowy wskazał żołnierzom leżący na ziemi gwóźdź i młot. Gładko ociosaną deseczkę przyłożył do Jezusowych stóp, szczelnie przylegających do siebie. Jeden z żołnierzy przytrzymywał gwóźdź, a drugi bił w głowicę silnymi uderzeniami młota. Ostrze przebiło listwę, lewą stopę, potem prawą i utknęło głęboko w drzewie krzyża. Krew trysnęła na dłonie oprawców. Wytarli je szmatami i jak robotnicy po wykonaniu ciężkiej pracy z zadowoleniem spojrzeli na przybitą do krzyża Ofiarę. Fenicjanin przeciął powrozy opasujące ramiona, tułów i nogi. Jezus zawisł na gwoździach. Pozostał na łasce napiętych do ostateczności mięśni i ścięgien.
Potem żołnierze ukrzyżowali dwóch złoczyńców. Mieli nie lada robotę, bo skazańcy, chłopi o potężnej budowie, klnąc i złorzecząc, rzucali się, zrywali powrozy, kopali, gryźli i dopiero pod ciosami pięści, zmordowani i zbici, półprzytomni, ulegli przemocy. Zmęczeni żołnierze i centurion, który pomagał w kiełzaniu szalejących obrzezańców, zdjęli hełmy i usiedli na ziemi. Pili chciwie poskę.

2

Ogień kłębi się pod czaszką, usta są jak spalona pustynia, piersi pękają z braku powietrza, w gardle dławi pragnienie. Ciało unosi się i całym ciężarem opiera się bądź na gwoździu w stopach, bądź na sedile, na drewnianej, zwodniczej podpórce — umieszczonej na wysokości dolnego kręgu krzyżowego — a potem opada i znów się podnosi, i znów opada, dzięki czemu stygnąca krew żywiej krąży w żyłach, a piersi przez chwilę lżej oddychają. Tylko przez chwilę. I znów rozpoczyna się to falowanie zamierającego ciała, raz w górę, raz na dół, raz w górę, raz na dół. Ale podczas gdy gwóźdź w przebitych stopach urasta do rozmiarów błogosławionego podnóżka, podpierającego wiszące ciało, rozpostarte szeroko ramiona uniemożliwiają oddychanie i przy lada poruszeniu powodują okrutny ból w przebitych nadgarstkach, który wwierca się w mózg, przeszywa stos pacierzowy, szarpie trzewiami. Byle nie drgąć! Byle wisieć w doskonałym znieruchomieniu! Byle znaleźć jakiś punkt obojętnej równowagi między rozciągniętymi ramionami, zdradziecką podpórką a gwoździem tkwiącym w stopach! Byle wrosnąć w krzyż i stanowić z nim jedną niepodzielną całość! Czuje w gardle dławiący ucisk. Z otwartych ust wydobywają się strzępy świszczącego oddechu. Dusi się. Próbuje się wyprężyć. Spod gwoździa w stopach sączy się kilka kropel krwi. Piersi unoszą się, pod napiętą skórą zarysowuje się wypukłe sklepienie żeber. Wciąga powietrze. Odetchnął i wyczerpany ulgą, która ogarnia Go miłosierną drętwotą, opuszcza głowę na piersi. Znów widzi rogatego, umęczonego Elohim, swoją bezlitosną, wszechmiłującą i samowyniszczającą się Tożsamość, która włożywszy na siebie winy i grzechy wszystkich synów człowieczych, ich przestępstwa i zbrodnie, nieprawość i ciemność, bezwstyd i nieczystość, biegnie w podskokach na pustynię do ziemi jałowej, aby sobie samej złożyć ofiarę z samej siebie i w ten sposób uwolnić człowieka od przekleństwa, oczyścić go, podnieść i uświęcić. Modli się za ludzi, których grzechy na sobie dźwiga. Modli się za swoich wrogów, za Kajafę, Hanana, Hananidów, Judę z Kerijoth, za Heroda Antypasa, za rzymskiego prokuratora, za faryzeuszów, saduceuszów, sanhedrytów, fałszywych kapłanów, którzy wydali Go w ręce oprawców, za sługę, który Go uderzył w policzek, za żołnierzy, którzy Go ubiczowali, za żołnierzy, którzy Go ukrzyżowali, za motłoch, który wołał przeciw Niemu, za synów Izraela i za wszystkie ludy ziemi, za tych, którzy są, którzy ongi byli i którzy kiedyś będą, za tych, którzy dzisiaj nie wiedzą, co czynią, i za tych, którzy w przyszłości nie będą wiedzieli, co uczynili, za faryzeuszów, saduceuszów, sanhedrytów wszystkich czasów i wszystkich narodów i plemion. Za wszystkich. Za wszystkich. Za wszystkich.
Podnosi głowę — ludzie ośmieleni zmęczeniem żołnierzy, popijających poskę i posilających się suszonymi daktylami, zbliżyli się do krzyża — i widzi ciemne rozlewisko bez kształtu i treści. Mrugając powiekami, sklejonymi potem i krwią, zdołał na tyle strząsnąć z nich dokuczliwe zamglenie, że odróżnia postacie i twarze. Widzi matkę swoją i stojącego obok niej Johanana ben Zebadia, galilejskie i jerozolimskie niewiasty, i wodząc wzrokiem po garstce kapłanów, saduceuszów, faryzeuszów i uczonych, śledzących z uwagą Jego męczeńskie bojowanie ze śmiercią, błaga swoje Synowskie Ojcostwo, Pana o twarzy Ojca i Syna, aby przebaczył winę ludziom ślepym i głuchym, żyjącym w zamroczeniu i niewiedzy, w zamąconych wyobrażeniach o obiecanym raju, utraconym w dniu nieszczęsnej przygody z Drzewem. Przygotowani na powrót Drzewa-Człowieka, gdy wreszcie żywymi oczami widzą przed sobą wyśnione Drzewo, na przekór prawspomnieniom nie poznają Go i czynią z Niego znak hańby i przekleństwa, szubienicę. Unosi się nieco, opierając ciężar ciała na gwoździu w stopach — ból w przebitach nadgarstkach promieniuje teraz na całą klatkę piersiową — i z trudem oddycha. Język jest suchy jak wiór. Na spuchniętych wargach tworzy się skorupa z potu, zmieszanego z krwią. Zdrętwiały język, spieczone wargi i zaschnięte gardło nie mogą ukształtować dźwięku. Usta wypełnione gęstą mazią słów bezgłośnie otwierają się i zamykają. Wreszcie zdołał przełknąć odrobinę śliny, lepkiej i słonej, i wtedy, nie odrywając oczu od swoich nieprzyjaciół, szepce cichym, błagalnym głosem:
— Abba, odpuść im, albowiem nie wiedzą, co czynią...
Głowa opadła na piersi.

3

Żołnierze poruszyli się. Przeciągali się i ziewali.
Dowódca przeszedł wzdłuż krzyżów, przed każdym przystawał i przyglądał się skazańcom. Wrócił do żołnierzy. Spojrzał w niebo.
— Wiszą już chyba godzinę.
— Tak, centurionie.
— Ten w środku ledwo oddycha. Tamci dwaj to twarde ryby.
— Będą wisieć przez noc — rzekł jeden z żołnierzy.
— Albo i dłużej.

— Nie — wtrącił centurion — dobijemy ich przed zachodem słońca. Taki jest rozkaz prokuratora. Przeklęty upał. Macie jeszcze trochę poski?
— Mamy, centurionie.
Podali mu dzban. Chciwie pociągnął kilka łyków. Odstawiając naczynie, wskazał głową na leżące na ziemi szaty Jezusa i rzekł:
— Podzielcie się. Sprzedacie je na amulety.
— Słyszałem, że Judejczycy bardzo cenią gwoździe po ukrzyżowanych, bo przynoszą szczęście i chronią przed chorobami.
— Tak. Taki gwóźdź wolno im nosić przy sobie nawet w Szabat.

— Ho... ho... — zawołali z podziwem — nawet w Szabat!
Gruby, przysadzisty żołnierz przyniósł suknie Jezusa i rozkładając je, po kolei ze znawstwem oceniał ich jakość jak zawodowy handlarz starzyzną, po czym sprawiedliwie podzielili się spodnim odzieniem, płaszczem, sandałami i pasem, a o całodzianą wełnianą tunikę, jedyną, która miała jakąś wartość, rzucali kostki. Wygrał ją przysadzisty żołnierz.
Burza piaskowa przybierała na sile. Rozpalone niebo zionęło płomieniami i było jak odwrócony do góry dnem kocioł, z którego wylewały się na ziemię strumienie kipiącego ołowiu. Wiatr zawył, podniósł w górę płachtę piachu i cisnął nią o ziemię. Jeszcze przez chwilę wił się jak gad rozgnieciony stopą olbrzyma, zanim ucichł, ustępując miejsca następnemu podmuchowi, który z jeszcze większą siłą chłostał ludzi, drzewa i zarośla.
Żołnierze usiedli na ziemi i patrzyli z nieukrywaną złością na nieruchome i wciąż jeszcze krótkie cienie padające od krzyżów.

 

4

 

Wysoko na niebie pojawia się sęp. Obniża lot, krąży nad wzgórzem, odlatuje i znika w oślepiającym błękicie. Na Via Romana ujadają psy.
Jezus zamyka oczy. Głowa Jego pęka od bólu i żaru. Wdechy i wydechy stają się coraz uciążliwsze. Drętwienie ramion przenosi się do płuc, z płuc do nasady tchawicy, która zwęża się, zwęża... Powieki jak dwie napięte zasłony z trudem powstrzymują napór oczu, wychodzących z oczodołów. Dusi się. Znów próbuje oprzeć się na błogosławionym gwoździu, tkwiącym w stopach. Oddycha głęboko. Słyszy dalekie wołania. Niech wołają. Niech Pan nie zamknie wołających ust ani nie stawia przed nimi swojej straży. Niech wołają, jak długo mają wołać, bo ich wołanie jest cząstką Jego udręki. Obietnica musi się wypełnić we wszystkich szczegółach. Te usta wołały, zanim jeszcze były ustami, wołały z ksiąg, zanim jeszcze księgi były księgami, wołały z głębi zapisów, kształtujących się z mgławic i mlecznych dróg, z zawrotnych przepaści zawieszonych nad przepaściami, z harmonijnej prawidłowości, zanim jeszcze była prawidłowością. Ich wołania bolały Go wtedy, gdy wychodziły z pra-ust, z pra-ksiąg i z pra-zapisów, i bolą Go teraz tą samą boleścią, gdy wyrzucają je usta stojących pod krzyżem nienawistników:
— Ty, co rozwalasz Świątynię Pańską i w trzy dni ją odbudowujesz, zstąp z krzyża i ratuj samego siebie!
— Innych ocaliłeś, a siebie samego ocalić nie umiesz?!
— Ocal się, jeżeli jesteś Mesjaszem!
— Mesjasz!
— Król judejski!
— Zstąp z krzyża, abyśmy widzieli i uwierzyli!
— Zaufałeś Bogu, niechaj zatem Bóg cię uwolni, jeżeli cię miłuje!
— Przecież mówiłeś, że jesteś Synem Bożym!
— Ocal samego siebie, królu Judejczyków!
Z wysokości lewego krzyża słyszy chrapliwy, urywany głos, który przyłączył się do chóru szyderców:
— Jeżeli jesteś Mesjaszem... wybaw siebie... i nas... Na co czekasz?
A z wysokości prawego krzyża odpowiada żałosny jęk:
— Tę samą karę... ponosisz... Elohim się nie boisz... Cierpimy zasłużenie... a Ten jest niewinny...
Jeszuo…

Jezus usłyszał swoje imię. Mocując się z coraz bardziej wzmagającym się wyczerpaniem, podnosi powieki i wytęża słuch.
— Jeszuo... ben Josef... przypomnij sobie o mnie... gdy wejdziesz do Królestwa Bożego...
Ten łotr jest teraz jedynym człowiekiem na ziemi, który głośno żebrze u Niego o łaskę. Nikt Go o nic nie prosi. Czy można o coś prosić nędzarza konającego na haniebnym krzyżu? Spomiędzy Jego tężejących warg sączą się słowa, przyrzeczenie, a zarazem dowód wdzięczności za ten jedyny głos głośno wołający do Niego z wysokości krzyża, z wywyższonego sąsiedztwa:
— Będziesz ze mną... w raju... dzisiaj...
Spogląda w niebo. Słońce stoi już za Jego plecami.

5

Nie może oddychać. Rzęzi. Pomyślał, że nastał już czas pożegnania. Odszukał wzrokiem matkę. Stoi tam, gdzie przedtem, z twarzą ukrytą w dłoniach. Otwiera usta i wzywa ją tym samym słowem, którym ongi zwrócił się do niej w Kanie Galilejskicj, w godzinie swojego pierwszego cudu, gdy była źródłem początku, rodzącym i pomnażającym cielesny i duchowy ład świata. Nie chce jej pozostawić samotnej. Po Jego śmierci rodzina w obawie przed prześladowaniami ze strony Hananidów i kapłanów będzie na pewno zmuszona wyprzeć się matki Przeklętego i Powieszonego i pozostawi ją na łasce losu. Zresztą większość krewnych okazywała Mu zawsze jawną niechęć. Dlatego postanowił powierzyć ją opiece umiłowanego ucznia, który kiedyś w przyszłości uwielbi ją w swoim groźnym i pochmurnym widzeniu i wyniesie ją, słoneczno-księżycową małżonkę Jahwe, nad wszelką zmienność i płynność, oblecze ją w słońce, w znak Abrahamowych, Jicchakowych i Jaakowowych pasterzy, koczujących i wybranych, a płodny i nieustannie odnawiający się księżyc uczyni jej podnóżkiem, a głowę ozdobi dwunastogwiezdnym wieńcem, a ona, oblubienica wód, trwać będzie nad wszelkimi wodami, które na jej prośbę ocienił swoimi rękami i przemienił w wino, w owoc szczepu Izraela. Wina nie mają, Synu... Wina nie mają, Synu... Wina nie mają. Synu...
Wyszeptał:
— Niewiasto...
Miriam odejmuje dłonie od twarzy i patrzy ze zgrozą na Syna.
Jezus oczami wskazuje na Johanana ben Zebadia:
— To syn twój...
Nie odrywając oczu od ucznia, z wysiłkiem wykonuje ruch głową w kierunku Miriam:
— To matka twoja...
Wyje wichura. Olbrzymia piaskowa kurzawa skręca się w powietrzu, wiruje, podrywa się i uderza w szczyt wzgórza. Szarpie szatami, gałęziami, zaroślami, skłębia się w drzewach, wali o krzyże, zrywa z głów płócienne okrycia i, dzierżąc je silnie w kurczowo zaciśniętym pysku, wali nimi zaciekle o ziemię. Ludzie nakrywają płaszczami głowy, zaciskają oczy i usta, chronią się za wykroty skalne. Znienacka zalega cisza. W głębi zamglonego widnokręgu, wypełnionego ognistym pyłem, rozlega się dalekie, wściekłe ujadanie, które zbliża się, zbliża... Dmą ostre, urywane porywy wichru, krótkie, długie, krótkie, długie, i skowycząc rzucają się na przerażoną ziemię, z której podnoszą się płowe: chmury kurzu, powłóczyste i pękate, przeźroczyste i gęste, i powoli płyną ku niebu, przypominającemu teraz zetlały, rozsypujący się łachman. Ściemnia się. Słońce, pokryte mętnym bielmem, nasycając się żółto-purpurowym blaskiem, rozlewa się ropiejącą kałużą po zwęglonym niebie.

Niektórzy spośród czekających na wzgórzu, zatrwożeni niezwykłością zjawiska — takiej burzy piaskowej najstarsi nic pamiętali — oślepieni piachem, z pochylonymi głowami, zakrywając połami płaszczy oczy i usta przed podmuchami wichru, szybko zbiegli ze wzgórza. Mieli już dość krwawego widowiska i skowyczącego żywiołu. Na co będą czekać? Bóg wie, kiedy ten zwodziciel skona na krzyżu. Uważali, że uczynią rozsądnie, jeżeli jak najszybciej znajdą się w szczelnie i ciasno zabudowanym mieście, gdzie szaleństwo wichru, stłumione murami i domami, jest mniej dokuczliwe. Spieszyli się. Już za kilka godzin lewici zadmą w szofary w Świątyni i rozpocznie się Pesach. Biegli szybko, coraz szybciej, w mroku wciąż przybierającej burzy, a za każdym krokiem rosło ich przerażenie, bo zrozumieli, że Jahwe o twarzy z wichru i ognia rozpętał nad nimi żywioły, dając upust swojemu gniewowi zJpowodu karygodnej opieszałości niewdzięczników, którzy, zamiast troszczyć się o uroczyste oblicze święta, przez kilka cennych godzin dawali upust bezmyślnej rozrywce.

6

Ciała trzech nagich skazańców, smagane wichrem błyszczą przeraźliwą bielą w rozżarzonym mroku dnia.
Jezus dusi się. Piaskowa burza i sztywniejące mięśnie zapierają Mu dech w krtani. Wycieńczony do ostateczności nie ma już sił opierać ciężaru ciała na przybitych stopach. Wszystkie Jego mięśnie i ścięgna ogarnia bezwład. Zaprzestał nierównej walki ze wzmagającym się wyczerpaniem, a chociaż jeszcze od czasu do czasu próbuje wyprostować zwiotczałe nogi, czyni to odruchowo, bez udziału woli, która wymęczona wielogodzinną walką poddaje się posłusznie prawu zbliżającego się konania. Jest sam na sam z Aniołem Śmierci. Opuszczony przez wszystkich, opuścił teraz samego siebie — wreszcie przyszła ta chwila, której tak bardzo się lękał! — oddalił się od siebie, skazał się na ostateczną samotność i zamknął ją w rozpaczliwym pytaniu psalmisty. Pokonując opór już odrętwiałego karku, podnosi głowę ku niebu, otwiera usta i mówi:
— Eli, Eli, lama azawtani?... Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?
Ponieważ nie ma już sił, aby głośno zmówić cały psalm, zmawia go w swoim wnętrzu ustami bezmownymi i w każdym słowie przeżywa jeszcze raz całe swoje ziemskie życie — wewnętrznym słowom towarzyszą gesty wewnętrzne i wyznaje, że jest mieszkańcem prochu, robakiem, wzgardą pospólstwa i pośmiewiskiem ludzi, którzy wykrzywiają wargi i potrząsają nad Nim głowami, i drwiąc, polecają Go opiece obojętnej Obecności, otaczają Go coraz ciaśniejszym kołem — zaprawdę, stado nacierających byków, rozjuszone woły Baszanu, wściekłe psy, lwy ryczące! — a On jest jak woda rozlana na ziemi, kości Jego są jak zręby rozpadającego się domu, serce stopniało jak wosk, siły rozpękły się jak gliniane dzbany, a wyschnięty język przylgnął do podniebienia! Przebili Jego ręce i nogi, i patrzą na Niego, i gapią się, i dzielą się Jego sukniami i o suknie Jego rzucają los! Eli, Eli, lama azawtani?

Stoją w dziennych ciemnościach na wzgórzu — oprócz Miriam, Johanana ben Zebadia, niewiast i kilku zwolenników Jezusa pozostała garstka saduceuszów, faryzeuszów oraz kapłanów, którzy mieli, jak wiemy, z polecenia Kajafy stwierdzić zgon zwodziciela — i nie odrywają oczu od dogorywającej Ofiary. Nienawistnicy, usłyszawszy dochodzące do nich z wysokości krzyża słowa dobrze im znanego psalmu, korzystając z dźwiękowo do siebie podobnych imion Boga, El, i proroka Elijahu, ukuli z tego podobieństwa nader ich zdaniem — dowcipną grę słów i poczęli drwiąco wołać:
— Wzywa proroka Elijahu, swojego zwiastuna!
— Wzywa jego pomocy!
— Zobaczymy, czy Elijahu się zjawi!
— Czy mu pomoże!
Tak wołali, albowiem prorok Elijahu, wykonawca różnych obowiązków i służebnych zadań, był również wykonawcą szczególnej posługi, owego nie zwykle trudnego posłannictwa, które mu przypadło w udziale podczas składania przez Abrahama ofiary z jego jedynego syna. Otóż gdy związany Jicchak leżał na ołtarzu, a wdzięczny głos Pana pochwalił przerażonego ojca za wzruszające posłuszeństwo. Elijahu był tym posłańcem — jak głosi pradawny midrasz — który z rozkazu Pana pospiesznie sprowadził baranka, uwikłał go rogami w zaroślach i podsunął Abrahamowi jako zastępczą ofiarę za syna. I to właśnie zdarzenie przypomniało się szydercom, gdy stojąc na wzgórzu w poświacie ognistej burzy, w drwiącym oczekiwaniu czekali na zjawienie się Elijahu, który z rozkazu Pana Jeszuę ben Josef zdejmie z krzyża i przybije do niego przyprowadzonego przez siebie baranka. Naigrawali się więc i kpili, i niedbale udawali oczekiwanie i niecierpliwość, i krzycząc: — Zobaczymy, czy mu pomoże! — nie wiedzieli, że przed wiekami, na górze Moria, uwikłany rogami w zaroślach Baranek nie był zwyczajnym barankiem, ale świętym znakiem Elohim, który sam siebie niezawodnymi rękami proroka Elijahu podsunął pod wzniesiony nóż patriarchy. Już wtedy Pan tęsknił za własną śmiercią.

7

Twarz sinieje. Suche, szeroko otwarte oczy zachodzą martwym szkliwem. Tułów wygina się łukowato i całym swoim brzemieniem zawisa na rozpostartych ramionach. Kolana martwieją, a wtedy bezwładne nogi nieco się rozwierają, a stopy wykonują ledwo widoczny ruch na osi gwoździa, spod którego sączy się kropla krwi. I krzepnie.
— Pragnę — szepcze.
Jeszcze słyszy jakieś głosy, wciąż mówiące o proroku Elijahu, rozkazy, krzątaninę, stąpanie i czuje na wargach smak octu zmieszanego z wodą. Przywiera ustami do mokrej gąbki i chciwie ją ssie. Idzie ku Niemu Światło, utkane z najdoskonalszych i najczystszych dźwięków, zrodzonych z łagodnych drgań nieskończoności i bezczasu, i otacza Go ze wszystkich stron, i promieniuje siedmiobarwną harmonią chórów, harf, cytr, bębnów, fletów i cymbałów, i przepala to swoją niewidzialnością, cierpieniem radośniejszym od najdoskonalszej radości, przepala Go i wciąga, i wchłania, a On wstępując w nie, wstępuje w siebie, we własny nieprzebrany Bezmiar, w swoją radosno-cierpiącą Obecność, w oślepiający kryształ Mądrości, w sam środek skrzyżowania wszystkich promieni, w złoto-mleczną Pełnię, w DAWAR, w SŁOWO, którym zawsze był, jest i będzie, i którego nigdy nie opuszczał, chociaż teraz do niego powraca.
Wypełniwszy do końca swoje człowieczeństwo, szepcze:
— Wykonało się...
Zbiera w sobie resztkę dogasających sił i woła wielkim głosem:
— Abba, w ręce twoje oddaję ducha mego!
Skonał.

8

Skonał! — krzyknęli.

Miriam podbiegła do krzyża i objęła ramionami skrwawione stopy Syna. Centurion i żołnierze zerwali się z ziemi, lecz zanim zdążyli powstrzymać nieśmiało zbliżający się tłum, rozległ się daleki łoskot podobny do grzmotu. Poczuli pod nogami niespokojne drżenie, potem falowanie, z początku łagodne, pieszczotliwe, jakby znaleźli się w łodzi na lekko rozkołysanym jeziorze i nagle gwałtowne dygotanie wstrząsnęło górą, która chwiała się i trzęsła i, jak płaczka pogrążona w żałobnym szale, tarzała się w prochu, wydzierała sobie włosy z głowy — wichura wyrzucała w górę zmierzwione kosmyki zarośli i gałęzi — i pazurami rozdrapując swoje policzki, wyła rozdzierającym płaczem pękających skał.
Wszystko ucichło.
Pod krzyżem stała matka...

9

W tej samej chwili wewnętrzna zasłona wisząca przed Kodesz Hakodeszim w Świątyni Pańskiej, oddzielająca miejsce Elohim, Świętą Pustkę, od reszty Przybytku, rozdarła się od góry do dołu. Była to barwna i bogata zasłona, szeroka i fałdzista, tkana z hiacyntu, bisioru, karmazynu i purpury, wyobrażająca cztery żywioły, cały wszechświat i niebiosa, przetykana złotem, perłami i najszlachetniejszymi kamieniami, zaprawdę suknia godna Jahwe Cebaoth, który rozpaczając teraz nad zgonem Syna, rozdarł ją rytualnym gestem na znak żałoby, jak to było w zwyczaju synów Izraela lamentujących nad zwłokami swoich najbliższych. Ponieważ szata w pojęciach ludu nie była tylko zewnętrznym okryciem, ale stanowiła niejako nierozdzielną jedność z ludzkim ciałem — każda nagość była hańbiąca i nieprzyzwoita — rozrywanie szaty na znak żałoby było równoznaczne z samoofiarą, rozrywaniem własnego ciała na połowy. Tak rozerwał swoje ciało praojciec Jaakow na widok skrwawionego płaszcza Josefa, tak uczynił król Dawid, gdy dowiedział się o bohaterskiej śmierci na polu bitwy Saula i Jonatana, tak uczynił Elisza, bolejąc nad odejściem proroka Elijahu, i tak czynili od zamierzchłych czasów wszyscy synowie Izraela, i tak uczynił Pan, Wiekuisty, Bóg Abrahama, Jicchaka i Jaakowa, nad martwym ciałem swojego umiłowanego Syna.

 

 

Fragment z książki „Jezus z Nazarethu” Romana Brandstaettera

 


© 2021 Grupa Uwielbienia Bożego Miłosierdzia. Wszystkie prawa zastrzeżone. Stworzone przez Mega Group